czwartek, 16 czerwca 2016

Ciasto drożdżowe z czereśniami, z dedykacją dla Ewy Chodakowskiej



Tez tak macie, że czekacie na lato jak na zbawienie a jak nadchodzi to jakoś tak łyso? Upał jak fiut, rozebrać się nie ma jak, bo po zimie jakoś tak blado i nieatrakcyjnie.Po zimie i po ciąży!
No i zaczelo sie,powiedziałam sama sobie- tak nie będzie moja panno, żebyś na siebie patrzec nie mogla.
Zaczelam trening z Chodakowska(nie pozdrawiam)
Młodzinka spi, odpalam jutuba, Patrze, 35 minutowy trening.Nie, że od razu killer albo skalpel, normalnie napisano- trening.No to spoko.Dajemy.
Dywan jest, sasiedzi z dolu zamortyzowani.Zdjelam spodnie bo mnie gniotą w pasie i nie tylko.
Czy jestem gotowa? Haaa, kochana Ewo, ja jestem zdeterminowana.
Maszerujemy sobie, jest spoko, całkiem na lajcie 4 pierwsze minuty przebiegły.
Przy pajacach (tak! wciąż jestem w samych majtkach, boże słodki, na co mi przyszło) zapierdoliłam ręką w żyrandol, rozhuśtał się tylko, ale nie spadł. Uśpił moją czujność, spadł za drugim razem.Na szczęcie z papieru.Papierowy księżyc.
Skiping a czy tam b (pamietacie z wuefu?) Płoną mi policzki i drżą łydki, Ewa się uśmiecha, mówi że dam rade przyspieszyć. Oczywiście że dam, jeszcze tylko 10 sekund zostało, Widze ten zasrany, stojący prawie w miejscu licznik w górnym rogu. WIdzę go jak przez mgłę. Udało się. Jestem z siebie prawie dumna, nawet myślę ,ze jeśli nie dam rady więcej, to przecież na pierwszy raz i tak super. Uff, maszerujemy, jest miło serce mi wali i pulsuje mózg, a ona wiecie co mówi? Że kończymy rozgrzewke i zaczynamy. Że kurwa zaczynamy! Za-czy-na-myyy! Przecież to są kpiny, ponieważ ja mam już zawał właśnie teraz.Nie mogę wyzionąć ducha w tak beznadziejny sposób, przy chodakowskiej skaczącej na ekranie, leżąca trupem na dywanie w samych gaciach.
No musiałam to przerwać, chyba mnie rozumiecie.
I kondycja taka jest właśnie. Co z tym zrobić? Nie wiem. O razu mówię, że ćwiczenia odpadają.

Żarty żartami, ale to na serio jest problem. A na problem najlepsze jest drożdzowe ciasto.
Czereśnie są po prostu idealnie letnie. Kojarzą się z wakacjami, z dachem na kazimierzu i pluciem pestkami. Z ogrodem i komarami. Ze starą firanką zawieszoną na gałęzi, żeby przeganiala szpaki.z białymi robakami, o których udajemy, że nie wiemy.
Potrzebujemy
-czereśnie (ja jak zwykle na oko, w tym przypadku to, czego już nie udało sie zjeść)
-2,5 szklanki mąki (zwykła, biała, tucząca jak pies)
-1 całe jajko
-1 żółtko
-4 łyżki cukru (biała śmierć, brrrrr, a kysz!)
-pół szklanki mleka
-1/4 kostki drożdży (nie umiem tego przeliczyć na te suche drożdże, ale na pewno gdzieś ktoś kiedyś to zrobił)
-80 g masła

Drożdże rozpuszczamy w mleku z łyżeczką cukru. Mleko nie może być za gorące! Takie ciepłe, że jak wsadzicie palucha, to jesteście go w stanie tam chwilkę potrzymać :D Odstawiamy na chwilę, w tym czasie roztapiamy masło a żółtko i jajko ucieramy z cukrem.
Wlewamy drożdze z mlekiem do mąki, dodajemy jajka.Wyrabiamy, albo każemy mikserowi.
Jak zaczyna odchodzić od łapy, dolewamy wystudzone masło i wyrabiamy jeszcze raz aż to całe masło tam wtłoczymy. Ja to lubię, ale to straszna babranina jest. Odstawiamy, niech se rośnie, a potem przekładamy do naczynia, w którym będziemy piec, kładziemy na to czereśnie bez pestek i czekamy jeszcze chwile, aż zrobi się puchate.
I kruszonkę można zrobić, jak szaleć to szaleć.
Ja piekłam w 180 stopniach przez jakieś 40 minut, ale to oczywiście ,jak zwykle kwestia indywidualna piekarnika.
No pycha, i na serio, od razu sie odechciewa chudnąć :D

Patrze tak teraz właśnie na tych piłkarzy biegających.Ci to mają zdrowie. Jak kuń. Widzę siebie jak tam biegam w szortach takich.Pełznę raczej, czołgam się gryzę glebę. Smacznego! Pani Ewo, proszę troche odpuścić, jest Pani za chuda.


czwartek, 31 marca 2016

Makaron, karmelizowane marchewki, ser pleśniowy, orzechy i uciekający czas



Dawno to podejrzewalam, ale teraz czuję, że ucieka czas.
 Każda mała minuta jest wyjątkowa i nigdy sie więcej nie zdarzy. Oczywiście, ma to związek z macierzyństwem- żal mi każdej chwili, kiedy moja córeczka jest taka malutka, kocha mnie instynktownie, bezinteresownie,  bo wiem,  ze za chwile może być pyskatą lambadziarą z tipsami, w tlenionym blondzie i mi powie mama no odwal się, okeej?Tak może być, chociaz zrobię wszystko żeby nie.Więc chłonę, łykam każdą chwilę i zaciskam małe ufne rączki w swoich duzych z niepomalowanymi paznokciami. Ale to nie tylko to.

Czuję, ze czas ucieka, tak bardziej ogólnie. Czuję jak smyra mnie po szyi, narazie delikatnie, ale już jednak coraz mocniej i ani się obejrze, poczuje jak zaciska mi gardło.Jestem mistrzem usprawiedliwiania, odkładania, nie teraz, jutro, pojutrze, jeszcze 5 minut pogram w gre i zmienie swoje zycie, potrzymajcie mi tylko dziecko, to wam pokaże, że potrafie! Niech będzie pogoda, bo biegać w deszcz to lipa, ale niech nie będzie tak gorąco, bo się spoce. Jutro może.
Robię jakąś rzecz, choćby najfajniejszą, ale w głowie już jestem przy rzeczy następnej. Dlaczego nie mogę po prostu palić w nocy fajki na balkonie, patrzeć w smog, albo w te piękne światła miasta, ten widok jak znikąd, po prostu palić! Tylko myślę, że jak tylko spalę to zrobię to i tamto? Może się starzeję bardziej niż mi się wydawało, bo straszne banały zaczynam opowiadać, ale  chyba zaczyam WIEDZIEĆ - życie jest teraz. Wlaśnie teraz. w tej minucie,Nie w tym tygodniu czy nawet w tym roku.Teraz i chuj. Może nie ma tego co było kiedyś i tego co będzie jutro, ale to co teraz na pewno jest! Uszczypnijcie się, to się przekonacie.

Mam dla Was taki makaron. Wymyślony, bo miałam smaka na karmelizowane marchewki. Zróbcie i zjedzcie powoli, tak jakby nie istniało na świecie nic poza Wami i tymi kluskami, ok?
Potrzebne będą
opakowanie mini marchewek (używam mrożonych, mam podejrzenia, czy są to faktycznie mini marchewki czy ktoś je struga z dużych :D)
kawałek sera pleśniowego- może być lazur, może być rokpol, a nawet gorgonzola może być
ząbek czosnku
czili
kilka włoskich orzechów
trochę cukru i masła
pełnoziarnisty makaron penne albo świderki (tak, tak, pełnoziarnisty, sie wpierdalało w święta, to teraz będzie wszystko pełnoziarniste do sierpnia sie jadło)

Marcheweczki gotujemy krótko, nie solimy.Ja ostatnio zapomniałam ugotować i dały radę też, jeśli lubicie jak wam chrupie :)
Na patelni rozgrzewamy łyżkę masła, dodajemy 3 łyżeczki brązowego cukru albo miodu. Biały cukier też może być. Mieszamy aż lekko się przypali i skarmelizuje. Dodajemy czili.Nie piszę Wam ile, bo ja daje dużo.Do tego wrzucamy marchewki i smazymy aż zrobią się lekko brązowe, ale nie spalone.Wciskamy do tego czosnek i pokruszony ser (połowę tego czym dysponujemy) oraz drobno pokrojone orzechy (tez połowę) Zamięszujemy do wszystkiego :)
Wrzucamy ugotowany makaron, mieszamy, próbujemy, stwierdzamy że zajebiste.Na talerzu posypujemy pozostałością sera i orzechów. Można też rukolą.
No jestem z siebie dumna normalnie. Tu i teraz.Teraz.Now.
Dobranoc.




poniedziałek, 28 września 2015

Eklerki. Przelotem przez kuchnie.


Nie było mnie długo, bo się rozmnażałam.
Żyje teraz w świecie bez poniedziałków i piątków, gdzie dzień trwa  trzy tygodnie a noc  trzy godziny.Mój poziom intelektualny być może nie spada, ale mam obawy że również nie rośnie, dyskusje na poziomie leeee-errrre temu bowiem nie służą. Jeżeli chodzi o stan emocjonalny - takiej plejady emocji i uczuć jak w  moim domu teraz nie znajdziecie nigdzie.Wiec bilans raczej na plus, nie zawsze trzeba być mądrym, czasem lepiej być głupim i szczęsliwym, a do tego wszystkiego zdawać sobie z tego doskonale sprawę. Posiadłam również szeroko pojęte umiejętności onomatopeiczne- potrafię naśladować wiele zwierząt hodowlanych oraz dzikich (ze słoniem włącznie), specjalizuję się w drobiu (kury i kaczki-gdakam już prawie zawodowo), pewne problemy mam z hipopotamem, ale dojdę i do tego (jeśli ktoś z Was przypadkiem wie jak robi hipopotam, będę wdzięczna). Z umiejętności dodatkowych- umiem już myć włosy na raty (trzy albo cztery), trzymac siku przez 6 godzin, prawie dotknąć językiem nosa i zrobić kawę jedną ręką.Umiem czytać jedną stronę książki przez dwa tyodnie.A ćwiczę dopiero trzy miesiące.
Jem przy okazji, jak akurat przez kuchnie przechodze, co ma swoje plusy oczywiście (nie jestem az tak gruba) i minusy( nie mam czasu robić tego, co najbardziej lubię). Próby złapania balansu trwają nieprzerwanie.Przeszkodą tu jest fakt, iż nie piłam whisky od roku.OD ROKU.
 Nie mówię, że nie gotuję- gotuję, ale tak bardziej pod osłoną nocy- jak szpieg, na paluszkach.Nawet nie wiecie jaki kuchenne czynności generują hałas. Takie mieszanie w garnku,olaboga, prawie jakbym na kładzie po kuchni jeździła.Albo krojenie czegoś brzmi jak dzięcioł na wkurwie. Jest ciężko, ale traktuję to jako lekcję gracji, którą nigdy przesadnie nie grzeszyłam.. No i dziś po prostu nie pójdę spać chyba, ale napiszę o eklerkach. Te eklerki to efekt wczorajszego programu telewizyjnego, tego z masońskiej stacji, z kudłatą jurorką. Ślina do kostek no i sorry -lawina głodu i smaku ruszyła- nie da się tego powstrzymać.Nawet kosztem snu.Myślę też, że pół Polski wkrótce upiecze eklerki -narobili smaka narodowo.
Przejdźmy od słów do czynów.
Ciasto:
szklanka wody
szklanka mąki
125 g masła 
3 albo 4 jajka

Gotujecie wode z masłem- przedziwna to miskstura.
Jak sie zagotuje, wsypujecie mąkę- całą od razu bez ceregieli. Mieszacie mieszacie szybciutko, (po cichutku), aż wszystko zlepi się w cąłość, będzie odchodzić od ścianek i zrobi się błyszczące. Zostawiamy w spokoju aż całkiem ostygnie (to jest ważne, żeby potem eklerki wyrosły)
Nie powiedziałam co z jajkami sie robi! Jajka sie wmiksowywuje w ciasto po jego ostudzeniu.
W międzyczasie (jeżeli będzie on Wam dany) robicie krem. Najlepsza jest chyba zwykła bita śmietana, ale można zrobić czekoladowe ganache- krem,który kocham za to, że jest łatwy i daje się wykorzystywać zawsze, gdy tego potrzebuję :)
Pół szklanki śmietanki kremówki zagotowujecie, ściągacie z ognia, kruszycie do tego gorzką czekoladę (całą tabliczkę, albo pół).czekacie chwile aż czekolada się roztopi, a potem jeszcze mieszacie żeby całkiem się rozpuściła. Po schłodzeniu ubijacie, aż powstanie gęsty krem.

Ostudzone ciasto najlepiej nakładać za pomocą rękawa, albo takiej wielkiej cukierniczej strzykawy (czy coś takiego) Ja rękaw zgubiłam, ale mam strzykawe. Eklerki przed upieczeniem wyglądają jak chude glizdy długości około 10 centymetrów. Żeby wyrosły siedzieć mają w piecu 20 minut, w 200 stopniach, ale patrzcie i bądźcie czujni, bo to może zależeć od piekarnika.

Jedzenie takich rzeczy o 23 może diametralnie odmienić stan mojej wagi. Wagi, z której jestem poniekąd  dumna. Ale oczywiście, zaryzykuję.
Smacznego i do następnego!Obiecuję się starać. Zdjęcia będą jak zrobię, a zrobię, jak będę miała czas, czyli za 18 lat.
(udało się nieco wcześniej)




niedziela, 17 maja 2015

Drożdżowa gwiazda z nutellą.



Znacie na pewno to ciasto, bo krąży od dłuższego czasu w internecie. Ja widziałam je wielokrotnie, ale bałam się, że nie dam rady i utracę bezpowrotnie dobre zdanie o swojej sprawności kulinarnej.
Mam ostatnio ogromną odwagę jeżeli chodzi o zdobywanie pożywienia (zwłaszcza jeśli w środku jest czekolada).Potrafię zrobić dużo i o każdej właściwie porze,  więc to było dla mnie okazją do próby. Gra była warta świeczki, ale przyznaję- nawet gdyby się nie udało, i tak bym je zjadła. No sorry.Taka prawda.
A okazało się że nie taki diabeł straszny. O ile samo wykonanie drożdżowego ciasta nie jest dla Was problemem nie do przejścia, to ze zwijaniem tej misternej konstrukcji też na pewno sobie poradzicie. Więc nie jest to żadne hoho niewiadomo co. Chociaż tak właśnie wygląda.
Ciasto drożdżowe:
450 g mąki 
220 ml ciepłego mleka
50 g cukru 
25 g drożdży
2 zółtka (białka nie wywalajcie, posmarujecie nim potem ciasto po wierzchu)
30 g roztopionego masła

Drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku, odtswiamy. Mąkę mieszamy z cukrem, dodajemy żółtka i wlewamy drożdze z mlekiem. Zagniatamy ciasto dopóki nie zacznie odchodzić od ręki. Dolewamy roztopione masło i jeszcze  raz wyrabiamy, aż całe masło tam wtłoczymy. Ja to uwielbiam robić, bo kocham drożdżowe ciasto (wydaje mi się że z wzajemnością nawet) i chociaż robi o za mnie robot, to i tak pod koniec wyciągam ciasto i chwilę wyrabiam ręcznie - dla przyjemności. Tak, wiem- jestem chora.
Ciasto odstawiamy do wyrośnięcia, chociaż ja oczywiście zbyt wiele czasu mu nie dałam.Jak uważacie, ale z pół godziny dla bezpieczeństwa niech rośnie.
Po tym czasie dzielimy ciasto na cztery części, z każdej z nich rozwałkowujemy koło. Oczywiście nie musi być idealnie. Pierwszą warstwę smarujecie nutellą (ciężko się to robi, bo nutella jest dość gęsta- włóżcie ją przedtem na chwilę do gorącej wody- oczywiście razem ze słoikiem :) ) Przykrywacie drugą warstwą, smarujecie nutellą, przykrywacie trzecią warstwą, smarujecie i ostatnia warstwa (nie smarujecie)
Mało prawdopodobne, że wszystkie 4 koła z ciasta wyszły Wam jak od cyrkla, więc to o powstało może bardziej przypominać meduzę. Bierzecie wtedy duży talerz, albo coś równie idealnie okrągłego i odciskacie w cieście jego kształt, boki obcinając. Ja po prostu ukształtowałam koło rękami, bo szkoda mi było tych brzegów (najładniej wyrosły)
Na środku dużego koła odciskamy delikatnie małe kółko (np. szklanką) i dzielimy najpierw na 4 części (nie przecinając środkowego kółka), później na 8, a później na 16 trójkątów.
Moje zdolności lingwistyczne odpadają w tym właśnie momencie i wiem, ze cokolwiek powiem celem wyjaśnienia Wam co należy robić dalej, będzie to użyte przeciwko Wam i wprowadzi do Waszych głów zamęt, dlatego proszę bardzo. Filmik instruktażowy z Handimania.com. Czasem obraz powie więcej niż słowo :)

Zwijanie

Tak wspaniale i misternie wykonane dzieło wstawiamy na 20 minut do piekarnika, na 200 stopni.


Pachnie pięknie, drożdżowo-czekoladowo i to właśnie niech będzie dla nas usprawiedliwieniem - na zdjęciach gwiazda jest już lekko nadgryziona :)


    Chętnych było wielu, międzygatunkowo :)




piątek, 27 marca 2015

Tarta z tuńczykiem i szparagami.


No krew mnie nagła chce zalać. Czy Wy też macie w zwyczaju wyrzucać śmieci przez balkon/okno?
Jecie jogurt na balkonie, albo batona i po zjedzeniu  jeb opakowanie za okno? Albo obgryzacie kości przy stole w kuchni, a ze okno otwarte to plujecie nimi na zewnątrz? Moze to ja jestem nienormalna i używam kosza?
Pod moim blokiem ściele się dywan z petów,puszek i butelek po browarach.Dobra, zakładam,że to akurat uczyniono w stanie pijanego szaleństwa i przypływie wzmocnionej procentami odwagi. Ale opakowania po czipsach, obesrane pieluchy, kości z kurczaka, skóry jakieś z kiełbasy! Ała, ludzie!
Z czego to wynika, bo nie kumam? Nie wygląda to dobrze. A jak się dodatkowo ma psa, który takie niespodzianki znajduje i pożera w pół ułamka sekundy, po czym dostaje sraki jak stąd do Glasgow i trzeba z nim zbiegać 17 razy na dzień z trzeciego piętra na kupe, to uwierzcie mi, ma się ochotę przeprowadzić śledztwo, który to taki mądry sąsiad, zakraść się pod drzwi jego mieszkania pod osłoną nocy i osobiście wysrać mu się na wycieraczkę a w gówno wetknąć wielkanocnego zajączka.
uhh.dziękuję za uwagę. Jeśli to czytasz i masz w ręce śmietka, wiesz co masz robić.

Tarta, którą widzicie powstała, bo bierze udział w konkursie, w którym do wygrania są Kitchen Aidowe blendery. Bardzo by mi pasował taki czerwony mały kitek dla towarzystwa, więc zebrałam się, odkurzyłam aparat i energię życiową na króciutką chwilę.
Poza tym bez zmian.
Ciasto jest kruche, zwykłe, na pewno potraficie.Szparagi zielone, nieprzyzwoicie drogie, ale za to pięknie wyglądają na zdjęciu. Na dno tarty układamy plasterki mozarelli, na to lekko podgotowane główki szparagów, kawałki tuńczyka i chilli. Zalewamy sosem beszamelowym i pieczemy jakieś 15 minut w 180
Jeszcze tylko powiem, że kocham mój nowy piekarnik. Świeżą, piękną miłością. Z motylkami w brzuchu.




sobota, 29 listopada 2014

Brownie z wiśniami





Halo. Dzień dobrywieczór z krainy kurzu i pyłu!Folii malarskiej i tynku we włosach oraz w nosie. Jak cudownie jest móc zrobić rozpierdol w swoim mieszkaniu! Czujecie to? Burzenie ścian jest super. I nareszcie te ściany nie będą żółte, fuuuj tyle lat w żółtych pokojach, jak nie być jebniętym wobec tego.Tak, wiem, język prosto z budowy,ale to tylko próba utrzymania się w klimacie. 
Na co dzień ust mych przekleństwa nie kalają, jak wiecie.
Mam łóżko na środku kuchni, a kuchnię w sypialni. Gruz na podłodze, nierówne ściany z których wystają cegły no i jaram się, co tu dużo mówić.Bedzie w końcu to mieszkanie wyglądało jak człowiek
Nie mam w związku z tym za dużo czasu, jaranie się jest czasochłonne, zabiera cały wolny czas i pochłania umysł, zawłaszcza  sny. Dziś śnił mi się chudziutki, malutki pan od burzenia ścian, pijaniuteńki jak biszkopt.Pan zaczął pracę o ósmej a o szesnastej dał mi kabanosa i zapewnił, że co złego, to nie on. Czy to nie jest cudowne? 
Dlatego też, szybkie brownie, które już kiedyś Wam obiecałam. Przepraszam, wiem, że niektórzy z Was czekają, zaglądają, lajkują mi masowo na fejsiku- kocham was.A miłość ta trudna jest.
Potrzebujecie, jak do klasycznego brownie-
200g gorzkiej, najbardziej gorzkiej czekolady- to dwie tabliczki
kostkę masła
5 jajek
szklankę cukru- dajcie mniej, na boga!
pół szklanki mąki
orzechy włoskie albo laskowe
Wiśnie mrożone, które wczesniej troche rozmrażacie, jak zdążacie

Czekolade rozpuszczamy nad garnkiem z gotującą wodą, żeby jej nie spalić. Ja mam taki fajny silikonowy talerzo-garnek z uszami.Lubię go.
Dodajcie masło i rozpuszczacie az wszystko się połączy. chwilę studzicie.
Jajka ubijacie z cukrem, dosypujecie mąkę i łączycie z czekoladą. Jak chcecie, dajecie te orzechy.
Wylewacie na blaszkę, a na wierzchu układacie wiśnie.
Pieczecie jakies 15 minut, raczej nie dłużej.
No i tyle.
Ide pozamiatać po raz ósmy, bo i tak nic więcej na razie nie mogę.Ahoooj. 

p.s Łapy psa są białe od spodu !










wtorek, 28 października 2014

Pad thai. Makaron z tofu i kiełkami.
























Ale ja lubię mgłę! Światło jest takie jak w zimie, kiedy jest bardzo dużo puszystego śniegu. Codziennie rano budzę się dzięki temu w jakimś świąteczno-uroczystym nastroju.A potem wygrywa jednak myśl, że jest październik. Ciągle. A światło i mgła robią mnie w balona. No ale i tak  ta pogoda jest dla mnie uroczysta i tajemnicza. Gdyby jeszcze było odrobinę cieplej, jakieś 10 stopni więcej, nie proszę chyba o zbyt wiele? No bo zimno jest, przyznacie.Nie jestem na to gotowa, po prostu.
Ciało domaga się konkretów- cieplejszych swetrów, mocniejszych uścisków, rękawiczek, skarpetek, ognia,silniejszych emocji i konkretnego, gorącego, tłustego jedzenia. Nie wyjdzie nam to na dobre, jak co roku :) Ale z własnym ciałem się nie dyskutuje, na pewno to wiecie.Dajmy mu więc, to czego chce, lisowi przebiegłemu.
Nigdy jakoś fanką chińsko-tajskich smaków nie byłam- nie kręcą mnie specjalnie słodko-słone tematy, nie lubię krewetek (mają konsystencję tego takiego białego czegoś co jest w kiełbasie- chrząstka taka czy coś, brrr), ale ten makaron jest super.
Potrzebujemy:
opakowanie makaronu ryżowego (szerokie wstążki)
szklanka kiełków fasoli mung
opakowanie naturalnego tofu
sos sojowy
pasta tamaryndowa(zastąpiłam sokiem z jednej limonki)
olej roślinny
3 jajka
pęczek dymki
2 papryczki chilli
2 ząbki czosnku
pół szklanki orzeszków ziemnych (niesolonych) posiekanych albo nie
sos: sos sojowy, sok z połowy limonki, chilli w proszku, łyżeczka cukru pudru

Posiekane chilli i czosnek smażymy krótko na 3 łyżkach oleju. Dorzucamy pokrojone w kostkę tofu i smażymy kilka minut. Ściągamy z patelni, rozgrzewamy kolejne 3 łyżki oleju. Na patelnie wrzucamy roztrzepane jajka z solą i pieprzem, smażymy z nich omlet, ściągamy go z patelni i kroimy na cieniutkie paski.
Na patelnię (do woka) wlewamy łyżkę oleju, wrzucamy makaron (wczesniej ugotować, albo zrobić to, co każą na opakowaniu), dorzucamy omlet, tofu, kiełki fasoli, pokrojone chilli i zalewamy sosem. Smażymy aż poczujemy, że się przeżarło :) Możemy dolewać w trakcie sosu sojowego, jeżeli wydaje nam się za suche.
Na koniec dodajemy posiekaną dymkę i posypujemy orzeszkami.
Można jeść pałeczkami, ja np. prędzej wydłubie sobie oczy niż coś nimi nabiorę, dlatego pozostaję przy widelcu unikając tym samym towarzyskich skandali oraz blamażu. Ale kiedyś się naucze i zobaczycie, złapię między dwie pałeczki komara w locie. Serio.






Mówiłam Wam ostatnio że idą zmiany, nie? Ojjjj jak one idą, aż ziemia się trzęsie.Ale o tym później
Wysyłam Wam trochę ciepła- takiego jak ogień z kominka, rękawiczki z misiem w środku i herbata imbirowa. Grzejcie się.

Taka ekipa zrelaksowana u mnie na chacie rezyduje. Fajni są, nie?




wtorek, 14 października 2014

Chlebek bananowy z orzechami laskowymi.


Rano miałam Wam napisać, że jest pięknie i dawno nie było takiej ciepłej i długiej jesieni, ale w międzyczasie się zesrało.Pada i piździ jak w kieleckim (ktoś z Kielc? ;)) Plusem tego jest fakt, że mam takie superowe buty z futerkiem.Minusem, że nie sposób w nich chodzić bez skarpetek :(
Mam dla Was coś, czego nie sposób chyba zepsuć. Więc jeśli Wasze poczucie kuchennej wartości lekko podupada- oto lekarstwo.Przepis od Cadaverii. Dziękuję!
240 g maki
150g cukru (można dać mniej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
2 jajka, lekko rozmącone 
110 g roztopionego i wystudzonego masła
3 duże, bardzo dojrzałe banany 
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (może być bez)

W misce mieszamy wszystkie sypkie składniki.
W drugiej misce: banany rozdrabniamy,dorzucamy jajka, masło, wanilie, mieszamy. 

Przekładamy mokre składniki do suchych drewnianą łyżką: nakładamy na środek kupki suchych składnikow i miesamy.Nie musi to być idealnie gładkie.
Smarujemy podłużną blache masłem, wysypujemy lekko maka. Pieczemy ok 55-60 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Ja dodałam ok.100 g orzechów laskowych.Mogą być włoskie, ale akurat włoskie zeżarły mi mole. Chamy.
Smacznego!




sobota, 20 września 2014

Zupa dyniowa i efekt halo



Jesteśmy niewolnikami pierwszego wrażenia. Ostatnio naukowcy odkryli, że pierwsze wrażenie dotyczące spotykanych przez nas osób jest tak silne, że nawet kiedy przy bliższym poznaniu nasze początkowe przypuszczenia w ogóle się nie potwierdzają,   to nasz mózg i tak wciąż tylko  do niego się odnosi. Myślimy o kimś  "Ależ tępa z niej dzida, mój boże!" Rozmawiamy i okazuje się, że nie aż tak tępa. No i co? I gówno, bo mózg już wsadził ją do szufladki "idiotki" i wyciąga ją z niej tylko na krótkie chwile. W naszym mózgu na zawsze już nią pozostanie. To działa oczywiście również w drugą stronę i jest chyba równie niefajne, bo wciąż, jakby nie było nasz własny mózg robi nas w ciula.
Pierwszego wrażenia nie da się zatrzeć! Jest wdrukowane w naszych łbach. Przeraziły mnie te badania. 
Jestem chaotyczna i roztrzepana. Wiem, że na pierwszy rzut oka sprawiam wrażenie niesłychanego nieogara i ludzie dziwią się pewnie jak ktos taki ja może pracować jako organizator czegokolwiek oprócz własnej dupy.Gubię rzeczy, kradnę długopisy, łamię zasady, zdarza mi się odrzucać połączenia. I wiecie co? W tym szaleństwie jest metoda! Nie zawalam terminów, nie zawodzę, rzadko się spóźniam (zawodowo) i jak mówię, że coś będzie to nie bata żeby nie było. Nieświadomie jakoś wygrywam  ze sobą w organizacyjny tetris. Albo nawet w sokobana! Może to bardzo silny instynkt samozachowawczy?Jak wielu zleceń/prac nie dostałam, z jak wieloma ludźmi nie miałam szans się poznać tylko dlatego że jestem chodzącym chaosem? Albo raczej-sprawiam takie wrażenie? Zło.Zło i kłamstwo! Miejcie tego świadomość!
Nie wiem, jaki może mieć to związek z dyniową zupą.Może taki, że jeśli pierwsza łyżka Wam nie posmakuje, nie wypluwajcie, tylko próbujcie dalej? Nie dajcie się zmanipulować? Taki.

To moje pierwsze tak bliskie spotkanie z dynią.Jakoś nigdy nie było nam specjalnie po drodze.Ale nadeszła ta chwila. Kupiłam małą dynię o egzotycznej nazwie hokaido. Już przy próbie przekrojenia jej na pół musiałam użyć wszystkich magazynowanych przez miesiąc sił fizycznych.Strasznie twarda cholera,ale za to kolor ma przepiękny! Wydłubałam z niej pestki, polałam oliwą, posypałam solą, dołożyłam ząbek czosnku, kilka gałązek rozmarynu i wsadziłam w piekielny ogień piekarnika.
Wyjęłam, obrałam ze skóry (parzyło, ale mi się śpieszyło). W garze rozpuściłam trochę masła, wrzuciłam czosnek, który piekł się razem z dynią, nową gałązkę rozmarynu, dwie maciupkie papryczki chilli, łyżeczką sproszkowanego imbiru.
Potem trzeba dorzucić do tego dynię, dolać trochę mleka i gotować aż prawie całkiem się rozpadnie, ale można nie czekać, tylko od razu zmiksować. Jeśli jest za gęste, dolewamy oczywiście wody.
Myślę, że można zamiast rozmarynu dodać tymianek, ale ja miałam tylko rozmaryn :)
Przelewacie do talerzy, posypujecie pokruszoną fetą i pestkami dyni podprażonymi na suchej patelni (uwaga, bo szybko się przypalają i wystrzeliwują w kosmos)
Jest lekko słodka, lekko ostra, trochę słona- nie umiem się jednak wypowiedzieć chyba na temat tego smaku.To jak wygląda trochę dodaje jej atrakcyjności :) Spróbujcie to będziecie wiedzieć.
Idę w deszcz. Udanego weekendu :)








sobota, 13 września 2014

Pizza z bakłażanem, czarnymi oliwkami i mozzarellą.





Jak tak dalej pódzie,  to węższa nie będę. Pizza nie należy do rzeczy jakoś wyjątkowo dietetycznych, jest w niej biała mąka i to już wystarczy, żeby niektórych z nas przyprawić o bezsenność i drgawki. Więc ten, kto się boi białej mąki i drży, musi po prostu zacisnąć zęby i zrezygnować. A my, czyli ci, którzy nie boją się niczego, robimy tak:
Grillujemy bakłażana, albo jeśli nie macie dostępu do grilla, po prostu podsmażcie go na patelni.
Robimy sos z jogurtu naturalnego, czosnku, łyżeczki musztardy, soli i pieprzu. Takim sosem lekko smarujemy ciasto. Posypujemy pokruszoną mozzarellą i układamy na wierzchu grillowanego bakłażana i czarne oliwki. Dodałam chilli odrobinkę i nie wszędzie, tak z przyczajki, celem wywołania niespodziewanego szoku.
Skrapiamy oliwą, pieczemy i jemy.
Smacznego. Obiecuję, że się poprawię J


“Nie mam już cierpliwości do pewnych rzeczy, nie dlatego, że stałam się arogancka, ale po prostu dlatego, że osiągnęłam taki punkt w moim życiu, gdzie nie chcę tracić więcej czasu na to, co mnie boli lub mnie nie zadowala. Nie mam cierpliwości do cynizmu, nadmiernego krytycyzmu i wymagań każdej natury.

Straciłam wolę do zadowalania tych, którzy mnie nie lubią, do kochania tych, którzy mnie nie kochają i uśmiechania się do tych, którzy nie chcą uśmiechnąć się do mnie. Już nie spędzę ani minuty na tych, którzy chcą manipulować. Postanowiłam już nie współistnieć z udawaniem,hipokryzją, nieuczciwością i bałwochwalstwem. Nie toleruję selektywnej erudycji, ani arogancji akademickiej.

Nie pasuję do plotkowania. Nienawidzę konfliktów i porównań. Wierzę,  w świat przeciwieństw i dlatego unikam ludzi o sztywnych i nieelastycznych osobowościach. W przyjaźni nie lubię braku lojalności i zdrady. Nie rozumiem także tych, którzy nie wiedzą jak chwalić lub choćby dać słowo zachęty. Mam trudności z zaakceptowaniem tych, którzy nie lubią zwierząt. A na domiar wszystkiego nie mam cierpliwości do wszystkich, którzy nie zasługują na moją cierpliwość.“ 
Meryl Streep.

środa, 27 sierpnia 2014

Tarta z czekoladą i malinami.




Byłam trochę zła, że zawodowe obowiązki zmusiły mnie do pracy w sierpniu i wzięcia urlopu w lipcu. Ale jak tak patrze za okno...to nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Chyba jednak. Ale jakie to ma znaczenie i tak idzie jesień, więc trzeba być gotowym na WSZYSTKO! Oczywiście przede wszystkim na jesienne chłodne słońce, kolorowe liście przytargane do domu na podeszwach i psich łapach, błyszczące kasztany znajdywane codziennie jak skarby, grzyby, śliwki, gruszki i inne powody do rozpusty. Jesieniu! Będę cię lubić, tylko bądź normalna.Taka bardziej złota, niż mokra.Poproszę.
Dostałam maliny od koleżanki. Dużo malin. Gdybym była perfekcyjną panią domu, zrobiłabym z nich sok. A tak to połowę zeżarłam w samochodzie jadąc do domu. Z drugiej połowy będzie tarta. A na trzecią nie mam jeszcze pomysłu - na sok w każdym razie już nie wystarczy :)
Ciasto zwykłe, kruche, tradycyjnie według proporcji 3-2-1 (klik)
Maliny (ilość niezbadana- tak żeby starczyło do wyłożenia wierzchu caluuuuutkiej tarty)
Krem czekoladowy:
Dwie tabliczki (200 g) gorzkiej czekolady
150 ml śmietanki 30 %

Śmietankę podgrzewamy, wrzucamy połamaną czekoladę i zostawiamy na chwilę.Ja dodałam troszeczkę chilli bo nie mogłam się powstrzymać. Wracamy, mieszamy aż czekolada całkiem się rozpuści. Nie śpieszcie się z robieniem tego, ja zaczęłam, jak ciasto było jeszcze w piecu. Zanim wystygło, to wszystko mi zgęstniało i olaboga. Tak to jest jak się chce wszystko na raz, już! Na ten tychmiast! Gdybyście jednak okazali się być równie wyrywni jak ja- masę można delikatnie podgrzać i potem znów ostudzić. Także jakiegoś dramatu nie będzie, tyle że czasu więcej stracicie. A czas to podobno pieniądz, więc stracicie pieniądz, a na to chyba nie możemy sobie pozwolić?  :)
Jak już uporacie się z powyższymi czynnościami, układacie na wierzchu  malinki. Mrrrrr po prostu.

Wnioski:
1. Nie sprawdzajcie czy masa zastyga metodą organoleptyczną, bo wpierdolicie połowe  zanim przyjdzie co do czego
2.Niektóre piekarniki w południowo-wschodniej Polsce rządzą się prawami tylko sobie znanymi. Zdarza się, że ciasto kruche potrafi piec się zasrane półtorej godziny i być wciąż białe jak córka  młynarza. Nie powiem do czego to wszystko podobne, bo nie lubię się wyrażać. Jest to jednak narząd męski płciowy na literę ch.
3. Nie schowane maliny mogą nie doczekać celu, do którego są przeznaczone.

No i smacznego!