Blisko Michy
Etykiety
kuchnia włoska
papryka
makaron
szybko
brokuły
bób
feta
mozzarella
pieczarki
pieczywo
pomidory
słodkie
amaretto
appryka
bazylia
biszkopty
bryndza
bułki
chili
chleb
ciasta
ciastko
cieciorka
cukier
czekolada
czerwona fasola
czosnek
deser
gołąbki
granulat spjowy
grill
grzanki
kajmak
kakao
kapusta
krówki
kuchnia arabska
kuchnia polska
kuskus
langosz
lasagne
lato
limonka
marchewka z groszkiem
mascarpone
mazurek
migdały
muffiny
muszle
ogórek
oliwa
pesto
pierogi
przedszkole
ryba
ryż
ser
sos pomidorowy
suszone pomidory
słodko
tabbouleh
tabule
tarta
tiramisu
wielkanoc
węgry
śmietana
śniadanko
wtorek, 1 maja 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
Aga
Niniejszym baaardzo ale to baaardzo serdecznie pozdrawiam i dziękuję Adze z Zakopanego!Moje pozdrowienia i podziękowania są spóźnione o jakiś miesiąc co najmniej,ale zważywszy na moje ostatnie nieogarnięcie, możemy zgodnie stwierdzić,że jestem szybka niczym błyskawica.Aga. Oprócz tego że jest fantastycznym dynamitem i dawno tak się nie śmiałam jak podczas jej opowieści, przywiozła mi opór tak pysznych zakopiańskich rzeczy, że głowa pęka (obawiam się że w najbliższym czasie pęknie mi również dupa.Ale nic to.)
no i tak.Nie wszystko jest made in china, powiadam Wam.
no i tak.Nie wszystko jest made in china, powiadam Wam.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Tabule
Ten smak najbardziej kojarzy mi się z jakimś totalnym upałem, gdzie na myśl o jedzeniu bardzo mi sie nie chce nic.Ani gotować, ani jeść.Piwa ewentualnie mam siłę się napić.Ale to akurat robi się szybko, więc jak już doczekacie się lata, czego bardzo wam życzę, to sobie zróbcie- jak się wam będzie chciało.Chyba ze wam sie chce juz.To tez mozna.Zapraszam serdecznie.Łelkom.Potrzebujemy kuskus - ok.pół szklanki.W oryginalnym tabule to jest kasza bulgur, której w polandzie nie widziałam.Kuskus można klasycznie, zalać wrzątkiem albo bulionem i czekać te fantastyczne"jedyne 3 minuty", ale można też go nie zalewać( Time bonus- oszczedzamy trzy minuty!!).
W związku z tym,że nie samym kuskusem człowiek żyje, potzrebujemy też:
ogórka szklarniowego sztuk łan
paprykę żółtą i czerwoną(właściwie to bez znaczenia te kolory chyba- Mario, miałeś rację ;)), po pół każdej
Jeden pomidor, jeden ząbek czosnku, duży pęczek natki pietruszki i mały świeżej mięty.
Sól, pieprz,czarnuszka(ja nie mialam i żałuje bardzo za swe grzechy)
sok z połowy limonki, oliwa z oliwek.
Wszystkie warzywa kroimy w bardzo drobniutką kostkę, mięte i pietruszkę siekamy, może być byle jak.Jeśli mamy czas i nie chcemy jeść tego od razu- wszystko dorzucamy do suchego kuskusu, dodajemy sok z limonki, sól,czarnuszkę, pieprz, czosnek i oliwę.Wstawiamy do lodówki i po 2-3 godzinach kuskus sam zmięknie.Wymięknie po prostu od nadmiaru dobra.Jeśli chcemy jeść od razu, robimy w wersji z kuskusem zalanym. Jakkolwiek nieprzyzwoicie to brzmi.Można jeść łapami, ale dość jest niewygodnie.Na zdjęciu jest grillowany dorsz, ale wiem z niewegetariańskich źródeł,że bardzo ok jest jeść tabule z mięsem z grilla.
No i wiosny życzę, chociaż coś mi sie nie chce wierzyć...
wtorek, 3 kwietnia 2012
Chilli Bezkarne.
Zima jest wciąż!Pizga złem. Wczoraj chyba odkryłam dlaczego - u mnie w pracy wciśnięta w kąt stoi Marzanna(zostawiły ją dzieci po konkursie " Ślady wiosny") I tak sobie myślę,że dopóki ktoś jej nie utopi, nie doczekam się tego słońca.Także jakby ktoś był chętny i lubił tego typu kryminalne rozrywki to zapraszam.
No i w związku z tą zimą jeść sie chce tak,że hej.I nie że jakąś trawę sałatę, tylko konkret jakiś bardziej.
Kolejna wersja typowo mięsnej potrawy przerobiona na wegetariańską.Nie pamiętam już jak smakuje mielone mięso i szczerze mówiąc mam do w dupie.Soja smakuje bardzo dobrze.Sama w sobie co prawda jest całkowicie bez smaku, ale jakbyście spróbowali mielonego mięsa całkiem bez niczego ( le fu!) podejrzewam ze tez by smaku nie miało.Ale pewności nie mam.A próbować nie zamierzam.No, w każdym razie to czili nie jest con carne.Rzecz to jest meksykańska. Nie byłam w Meksyku.Ale byłam w Mokrzyszowie, nie wiem czy sie liczy.
Posiadać należy:
granulat sojowy- ilość dowolna, ale wystarczająca dla dwóch głodnych chłopów jest połowa opakowania
dwie puszki pomidorów
puszka albo dwie czerwonej fasoli
kukurydza(niekoniecznie- ja dziwnym zbiegiem okoliczności akurat miałam)
jedna duza papryka
jeśli lubicie, możecie dać cebulę
dwie papryczki czili(malutkie!)
czosnek
świeża natka pietruszki albo kolendra
papryka w proszku, pieprz, sól
jeśli jesteście w posiadaniu rzymskiego kuminu, to gitara bo bardzo pasuje
ja dałam garam masale i też daje rade
możecie w sumie dać co chcecie(no, może majeranek średnio)
Pomidory gotujemy aż się rozpadną, z solą, pieprzem i oliwą.Ja niecierpliwa jestem więc nie czekałam aż całkiem się rozpadną, tylko pomogłam im blenderem.Wciskamy mu (temu sosu) do środka czosnek.
Granulat podsmażamy na patelni dolewając trochę wody.Trzeba uważać,żeby tej wody za dużo nie wsiąkło w granulat, smażycie do momentu aż będzie miękki ale nie rozciapany.Odkładacie i na tej samej patelni(gdyż oszczędności trzeba wszędzie szukać, wszędzie, nie wiadomo na jak długo dóbr nam tych starczy) smażycie pokrojoną paprykę i jeśli chcecie to cebulę.
Wszystko wpieprzacie do sosu.Mieszacie.Dowalacie fasolę(jeśli macie wrazenie ze za suche to wszystko, to możecie dodać część tego błotka w którym pływa zazwyczaj fasola ), kukurydzę i czili.Siekacie kolendre(pietruszke) i też do gara.
Doprawiacie, podgrzewacie i jecie.Np z bagietką (białe pieczywo-biała śmierć, ale na coś w końcu trzeba zejść z tego łez padołu)
sobota, 28 stycznia 2012
Muszle zapiekane w sosie pomidorowym, z grilowaną papryką, fetą i mozzarellą.

Przepis na to cudo znalazłam na całkowicie i niemożliwie doskonałym blogu- Kwestia Smaku.
Padam na kolana i całuję rączki.Tymczasem, każdy swoją ziemię orze(czy coś takiego)-trochę go zmieniłam, nie dodałam cukini(bo nie było), cebuli(ble) i mascarpone.
Kupujecie muszle wielkie makaronowe(byłam po nie specjalnie w delikatesach, okazuje się,że nie jest to rzecz jakoś bardzo powszechna), sztuk około 20
dwie papryki- czerwoną i żółtą,
fetę,
mozzarelli dwie kulki
Sos:
pomidory w puszce bez skóry(niestety to co teraz jest w sklepach powinno na zimę zmieniać nazwę na jakąś inną).Te w puszce są co prawda z puszki(buaahhaha- odkrycie), ale pachną i smakują jak pomidory, a nie jak wata szklana.
koncentrat albo sok pomidorowy
oreganooliwa, sól, pieprz
ja dodałam jeszcze pokrojony cieniutko czosnek.
Paprykę kroimy na kawałki, solimy i grillujemy na patelni grillowej aż całkiem zmięknie.Ogień musi być mały,żeby papryka zdążyła zmięknąć zanim się zjara.Jak się zgrilluje, kroimy ją na małe kawałeczki, dodajemy łyżkę oliwy, sól i pieprz, suszone oregano.Jeśli macie świeżą bazylię, dajecie.Jeśli nie macie-nie dajecie.Do tego wrzucamy pokrojoną w kostkę fetę i mozzarelę.(w oryginalnym przepisie do tego były jeszcze dwie łyżki mascarpone, ale w związku z tym,że planuje nie przyjąć głównej roli we wspomnianym wyżej filmie- nie dodałam.A poza tym mascarpone wolę w tiramisu).
Nadzienie mamy, robimy sos.Sos robi się długo(z pół godziny), więc proponuje naczynie z nadzieniem odstawić w jakieś bezpieczne miejsce, do którego ciężko sięgnąć,żeby go nie zjeść w międzyczasie.Na szafę np.Albo gdzieś.
Wszystkie składniki sosu wrzucamy do gara i gotujemy dopóki pomidory się nie rozpadną.Jeśli nie macie tyle cierpliwości, możecie pod koniec gotowania zmiksować te większe kawałki, które nie zdążyły się rozpaść.
Makaron gotujemy standardowo, w posolonej wodzie, chwilkę krócej, niż piszą na opakowaniu, bo będziemy ten fantastyczny burdel jeszcze zapiekać.Odcedzamy, przekładamy do michy, polewamy oliwą,żeby się nie skleił i czekamy aż wystygnie.Taki gorący dość boleśnie się nadziewa:)
No i nadziewamy potem, za pomocą łyżeczki małej i paluchów.Sos wylewamy do żaroodpornego naczynia, albo do takiej blaszki na tartę, a na nim układamy muszle.Pieczemy 20-25 minut w 200 stopniach.
czwartek, 12 stycznia 2012
Tiramisu
Kupić musicie(albo kogoś zmusić do kupienia)
Serki mascarpone 4 szt (polskie, z firmy Piątnica, są bardzo ok i nie czeszą kieszeni)
5 żółtek
150-200 ml amaretto(jeśli się nie ma , miesza jakiś inny alkohol ( i tu w was wierzę, że zawsze macie:)) może być łiskacz, może być zwykła wódka i do tego kilka kropel olejku migdałowego-takiego spożywczego-nie do masażu) Można kupić też zwykły polski likier migdałowy, najlepiej w małej butelce bo raczej do picia to się średnio nadaje
600 ml mocnej ostudzonej kawy (nie słodzonej)
kakao (tutaj nie wiem ile, bo to do posypania)
Żółtka ucieramy z cukrem na gładką masę (taki kogel-mogel), można mikserem ale da się też drewnianą łyżką,tyle że siłę trzeba mieć i samozaparcie niebywałe.Jedną ręką ucieramy żółtka, drugą trzymamy michę, trzecią stopniowo dodajemy mascarpone.
W serkach na samym dnie czasami zbiera się woda, trzeba uważać żeby nie wlać jej razem z serkiem do masy, bo istnieje ryzyko,że wyjdzie nam za rzadka i będzie płynąć to wszystko.
Do kawy jak już wystygnie dodajemy alkohol, mieszamy i moczymy w niej biszkopty- wkładamy na chwilę tak żeby trochę nasiąkły, ale się nie rozpadały.Nie trzeba ich za szybko wyjmować, można wrzucić kilka, chwilkę poczekać (nie iść siku, nie odbierać telefonów, ewentualnie odwrócić się można na chwilę) i wyjmować w kolejności wrzucania.ha! Możecie sobie je ponumerować:)
W każdym razie zanurzamy na chwilę, tak żeby się nie rozciapały ale żeby nie były za twarde.
Układamy je na dnie formy, jeden koło drugiego, jeśli sa okrągłe to siłą reczy zostają między nimi przerwy, ale nie nalezy się tym za bardzo przejmować:)
Na biszkopty kładziemy mniej więcej połowę kremu, posypujemy kakao.
Powtarzamy jeszcze raz (biszkopty, krem, kakao)
Można podzielić masę na 3 części i zrobić trzy warstwy zamiast dwóch, ale na smak nie ma to wpływu, na a na wygląd też raczej niewielki.Nie wyżerać w trakcie bo nie starczy!
Na koniec posypujemy to cudo kakao (kakałem??) i do lodówki na 2-3 godziny. I w ogóle raczej przechowywać w lodówce albo od razu zjeść:), bo tam żółtka są w końcu nie?
No i jedzcie sobie, drogie dzieci.Na zdrowie.
A w związku z tym, że dziś tak jakoś mało słodko jest, na deser słodziak numero uno, Jej Kudłata Wysokość-Piesławska Afera.Również lubi tiramisu.Ale nie dostanie.
uwaga! ważne bardzo! doszły mnie słuchy,że masa robi się rzadka podczas ubijania! dlatego zaklinam was!jeśli chcecie ucierać ją koniecznie mikserem, nie ustawiajcie na super turbo obroty, bo stanie się rzadka.Albo ręcznie, albo na małych obrotach miksera.powodzenia.dziękuję.do widzenia.
środa, 31 sierpnia 2011
Przedszkolne traumy
Bawarka, owsianka, zbożowa kawa.Wystudzona i niesłodka!herbata.
Zimna zupa mleczna, kakao z kożuchem.
Szpinak, zupa owocowa, wątróbka i ryż z jabłkami.
Jakiś taki rozdziabdziany kurczak.
Już puściliście pawia, czy pisać dalej?
Kisielek:) Wodnisty budyń.Brukselka.
Słyszałam też o mortadeli w panierce, ale to nie za mojej kadencji.
Różne rzeczy się wciągało.Były sposoby:mięso można było zagrzebać pod kupką ziemniaków, bo ziemniaków łaskawie pozwalano nie zjeść.Zwiędłe pomidory chowałam po kieszeniach,schabowego obgryzionego z panierki do worka na kapcie a brukselkę do wielkiej doniczki z palmą (cud że nie wyrosła, bo robiła to prawie cała grupa).
Ale jedna rzecz była taka, którą wspominam z rozrzewnieniem i której nie jadłam od czasów przedszkolnych, a było to naprawdę tak dawno,że aż niemożliwe,że naprawdę.
Marchewka z groszkiem! Wysoka pozycja na liście kulinarnych traum dzieciństwa. W przedszkolu występowała w tercecie z ziemniakami i kotletem mielonym.A u nas w domu dziś (dziękuję Mamusiu!) z kotletem sojowym.
Nie wiem co mnie na tą marchewkę naszło, ale naszło i dobrze zrobiło.
Zdjęcia nie będzie, bo kto choć raz widział marchewkę z groszkiem, ten wie,że nie jest wdzięcznym obiektem do fotografowania.
Sprawa zasadniczo jest prosta.Nie jest to potrawa dietetyczna, tylko dla dzieci z przedszkola,żeby miały siłę hasać, układać klocki i wybijać sobie nawzajem mleczaki.
Bierzemy marchewkę,kroimy ją w kostkę.I niech was ręka boska broni przed
kupowaniem mrożonki marchewka+groszek.Marchewka się nie ugotuje,będzie walić wilgocią,w najlepszym razie bedzie miękka ale gumowa, a groszek w tym czasie zamieni się w papkę zieloną przypominającą kurze gówienko.
Samemu marchewkę kroimy, obywatele.Niestety.Sztuka wymaga poświęceń.
Pokrojoną ową, wrzucamy na rozgrzane lekko masło(Masło to mój ulubiony bohater dnia codziennego), solimy, pieprzymy dolewamy wody.Ona sie gotuje i gotuje, jak woda wyparuje, dolewamy jeszcze.Marchewka ma być miękka i prawie rozpadająca się(jak to w przedszkolu).
Pod koniec akcji, jak poczujecie ze juz jest ok, dodajecie groszek.Może być konserwowy, może być świeży, ale jak jest świeży to wrzucacie go trochę wcześniej.
I na koniec grzech odchudzających się.Zasmażka.No musi być.Na koniec łyżka śmietany.
No na pewno to w dupę idzie, ale nie każe Wam jeść tego codziennie przecież.
Smacznego.
Zimna zupa mleczna, kakao z kożuchem.
Szpinak, zupa owocowa, wątróbka i ryż z jabłkami.
Jakiś taki rozdziabdziany kurczak.
Już puściliście pawia, czy pisać dalej?
Kisielek:) Wodnisty budyń.Brukselka.
Słyszałam też o mortadeli w panierce, ale to nie za mojej kadencji.
Różne rzeczy się wciągało.Były sposoby:mięso można było zagrzebać pod kupką ziemniaków, bo ziemniaków łaskawie pozwalano nie zjeść.Zwiędłe pomidory chowałam po kieszeniach,schabowego obgryzionego z panierki do worka na kapcie a brukselkę do wielkiej doniczki z palmą (cud że nie wyrosła, bo robiła to prawie cała grupa).
Ale jedna rzecz była taka, którą wspominam z rozrzewnieniem i której nie jadłam od czasów przedszkolnych, a było to naprawdę tak dawno,że aż niemożliwe,że naprawdę.
Marchewka z groszkiem! Wysoka pozycja na liście kulinarnych traum dzieciństwa. W przedszkolu występowała w tercecie z ziemniakami i kotletem mielonym.A u nas w domu dziś (dziękuję Mamusiu!) z kotletem sojowym.
Nie wiem co mnie na tą marchewkę naszło, ale naszło i dobrze zrobiło.
Zdjęcia nie będzie, bo kto choć raz widział marchewkę z groszkiem, ten wie,że nie jest wdzięcznym obiektem do fotografowania.
Sprawa zasadniczo jest prosta.Nie jest to potrawa dietetyczna, tylko dla dzieci z przedszkola,żeby miały siłę hasać, układać klocki i wybijać sobie nawzajem mleczaki.
Bierzemy marchewkę,kroimy ją w kostkę.I niech was ręka boska broni przed
kupowaniem mrożonki marchewka+groszek.Marchewka się nie ugotuje,będzie walić wilgocią,w najlepszym razie bedzie miękka ale gumowa, a groszek w tym czasie zamieni się w papkę zieloną przypominającą kurze gówienko.
Samemu marchewkę kroimy, obywatele.Niestety.Sztuka wymaga poświęceń.
Pokrojoną ową, wrzucamy na rozgrzane lekko masło(Masło to mój ulubiony bohater dnia codziennego), solimy, pieprzymy dolewamy wody.Ona sie gotuje i gotuje, jak woda wyparuje, dolewamy jeszcze.Marchewka ma być miękka i prawie rozpadająca się(jak to w przedszkolu).
Pod koniec akcji, jak poczujecie ze juz jest ok, dodajecie groszek.Może być konserwowy, może być świeży, ale jak jest świeży to wrzucacie go trochę wcześniej.
I na koniec grzech odchudzających się.Zasmażka.No musi być.Na koniec łyżka śmietany.
No na pewno to w dupę idzie, ale nie każe Wam jeść tego codziennie przecież.
Smacznego.
piątek, 29 lipca 2011
Creme brule
Podobno krem brule to test dla kucharza, bo bardzo lubi się nie udać.Kurt Scheller nie za bardzo potrafi podobno:)Robić krem brule.Ale nie martwcie się, w gruncie rzeczy to taki budyń po prostu.A budyń potrafi kazdy:)Musicie mieć foremki do zapiekania w piekarniku, czyli żaroodporne, najlepiej małe, takie na jedną porcję.Oraz:
Pół litra śmietanki kremówki(36%-prawie jak wóda) -to jest ważne, z mniejszymi procentami się nie uda
3 łyżki cukru zwykłego
6 łyżek cukru trzcinowego(brązowego)
6 żółtek
1 laska wanilii
Śmietankę gotujemy z białym cukrem i tym co wydłubiemy z rozciętej wzdłuż wanilii na baaaardzo wolnym ogniu.Podgrzewamy ją do momentu,aż nie zacznie delikatnie gotować się na brzegach.Wtedy szybko odstawiamy garnek i chwilkę studzimy. W praktyce wygląda to tak,że stoimy przy kuchence i wpatrujemy się w śmietanę, która bardzo coś długo nie chce się zagotować.Tak stoimy i patrzymy i wyczekujemy.Potem odwracamy się na moment, dosłownie na moment i wtedy właśnie śmietana postanawia zawrzeć.Najważniejsze,żeby zdążyć:) Próbowałam tego patentu na innych rzeczach, które długo nie chciały się zagotować.Specjalnie odwracałam się od nich,żeby nie czuły się skrępowane moją obecnością-ale niestety.Nie zawsze działa.
No więc śmietana łobuziara studzi się, a my ubijamy żółtka.Nie chcemy żeby były puszyste i białe, po prostu ubijamy je, ale nie tak do końca.Chodzi o to,żeby za bardzo ich nie napowietrzyć.Powoli dolewamy wystudzoną śmietankę.Powoli oznacza po jednej łyżce.I bardzo delikatnie mieszamy żeby tam nie wtłoczyć za dużo powietrza.Krem nie ma być puchaty, tylko gladki i w miarę sztywny.
Krem transportujemy do foremek.Wkładamy do piekarnika( 100 stopni na 50 minut).
Wyciągamy, schładzamy(minimum kilka godzin w lodówce, ale można całą noc.Albo i dzień.)
I teraz clue całego przedsięwzięcia.Każdy krem posypujemy brązowym cukrem tak,żeby równomiernie pokrył powierzchnię.Karmelizujemy,żeby cukier stał się brązowy i utworzył na powierzchni kremu skorupkę, najlepszą z tego całego zamieszania.
I tu wkracza na scenę bohater.Gorący, agresywny, doskonale wiedzący czego chce- palnik gazowy.Taki pistolecik-miotacz gazu.I nim najlepiej robi się skorupkę.Ja go mam.I trochę się go boję, co wprowadza do naszej znajomości niezbędną w każdym związku tajemnicę i niepewność konsekwencji:)
Ale jeśli takiego palnika nie macie,rozgrzewacie górną spiralę piekarnika i wsadzacie krem dosłownie na kilka sekund po czym migusiem wyciągacie,żeby sie nie zjarało.
Po zrobieniu skorupki, krem jeszcze chwilę schładzamy.
p.s.
Madziu, pozdrawiam.Smacznego.
sobota, 2 lipca 2011
Pierogi z brokułami i bobem
Tak zwana wielka improwizacja.Bobu w tych pierogach jest właściwie niewiele,zdecydowanie więcej brokułów,ale proporcje możecie ustalić sami, myślę,że najfajniej byłoby pół na pół.
Obrany i ugotowany bób malteretujemy z ugotowanymi brokułami.Oj Oj Oj Destroy.
Dodajemy dwa zgniecione ząbki czosnku, pieprz i sól.Pasuje też tymianek i tzw. zioła prowansalskie, ale to już według uznania.
Ciasto na pierogi robicie według swojego przepisu, każdy robi inaczej, a ja na oko, więc mój przepis nic tu do sprawy nie wniesie:)
Enjoy.
czwartek, 30 czerwca 2011
środa, 29 czerwca 2011
Gołąbki.
Podobno Polacy są kulinarnymi nacjonalistami.Coś w tym jest.Gołąbki też są podobno nasze, polskie, przez nas wymyślone.Inne kraje (Grecy , Chorwaci, Bułgarzy, Rumuni)perfidnie nam pomysł podkradli.Wstyd.
W każdym razie pomysł by zawinąć jedno w drugie mógł się chyba narodzić w głowie każdej narodowości, bo prosty jest.
Gołąbki są oczywiście wegetariańskie.I też bym mogła powiedzieć,że wynalazła je moja mama, którą wyrodna vegecórka zmusiła do haniebnych eksperymentów.Ale pewności nie mam.Może ktoś zrobił to przed mamą?Albo co gorsze, równocześnie! I wojna gotowa.
Potrzebne będą pieczarki-pół kilograma, ryż (2 woreczki), dużo pieprzu.Jeśli się dysponuje, to się dodaje sojowy granulat, albo zmielone sojowe kotlety, albo ten namoczony proszek z tzw"kotletów mielonych sojowych" (śmiejcie się, śmiejcie, liczba rzeczy sojowych wzrasta!)A, no i kapusta! Na zdjęciu włoska, ale każda inna może być.Liście kapusty krótko gotujemy i wycinamy jej najtwardszą część zwaną pięknie głąbem:) Odkładamy, niech stygną i czekają na swoją kolej, zuchwałe!
Ryż gotujemy, co jest oczywiste, pieczarki kroimy drobniutko i smażymy chwilkę na patelni.Ryż z pieczarkami mieszamy, solimy i pieprzymy.Jeśli mamy te wspomniane wcześniej sojowe gadżety, również dodajemy.Kupkę farszu kładziemy na liścia, dwa dłuższe brzegi(te wzdłuż głąba, tzn wzdłuż miejsca po głąbie, właściwie)składamy do siebie, tak żeby przykryły farsz.Rolujemy.I tak do wyczerpania zapasów.
Układamy w żaroodpornym naczyniu, albo w blaszce do ciasta, wcześniej wyłożonej liśćmi.Polewamy olejem, a jeśli się lubi, to też koncentratem pomidorowym.Naczynie przykrywamy folią aluminiową, chyba że jesteśmy pewni swojego piekarnika i wiemy że nie będzie grzał z góry, jeżeli mu nie każemy.Chodzi o to żeby się gołębie z wierzchu za bardzo nie zjarały.Pieczemy w 180 stopniach do momentu pt."chyba już".Czekamy jeszcze z 10 minut.
I wsio.
Można je później wielokrotnie odgrzewać i jest to mój ulubiony sposób ich jedzenia.Ale kapusta musi przyjarać się barrrrrdzo.Taka już dziwna jestem.Węgiel bym mogła w tabletkach kupić a nie kapuste palić i żreć.No ale tak jest i już.
piątek, 24 czerwca 2011
Grilllllllowaliśmy
Polskaaaa, biało czewoni! Papryka, pieczarka i eksperymentalnie - jabłko. I nawet powiem wam że daje rade takie jabłko zgrilowane na szaszłyku.
Chlebek jest upaprany w brejce składającej się z: oliwy,przyprawy do grilla, czosnku.Przyznaje się że chlapnęłam tam do tego trochę piwa.Też grillujemy i schodzą te grzaneczki bardzo elegancko.
A tu pani ryba.Flądra.Sponiewierana w mące.
Przed jedzeniem się ją grilluje.
Ahoj przygodo.
czwartek, 16 czerwca 2011
Pan Bób
Kto wpadł na pomysł, żeby tak strasznie go nazwać to nie wiem.
Ale objawił się znów.Czyli lato znów wpadło:)
Najczęstszą praktyką w środkowej Juropie jest jedzenie bobu po prostu.Z solą(solo).Albo z masłem(czego zwolenniczką jestem gorącą, bo masło psze państwa to jednak masło).Ale zdarzają się tacy, którzy bób w jego okresie największej świetności mieszają ze wszystkim.I tu też popieram, bo pomysłów jest ilość nieskończona.Są też tacy dziwacy, co bób obierają.Pomysł sam w sobie dziwny nie jest, ta skórka bywa twarda i najbardziej nieprzyjemna z całego Boba,kolor potem jest superzielony i ładnie to ogólnie wygląda, ale zastanawiam się -jak im się chce?
Nie obieram więc.Żre go ze skórą.
No i tu prezentejszyn.Makaron z bobem.Muszelki.Mieszamy razem, dajemy masło, pieprzymy, solimy, dodajemy zgnieciony czosnek.No i jemy.
Wbrew pozorom nie jest to potrawa, hmmm, że tak się wyrażę eufemistycznie- pompująca nas od środka,chyba, że zjemy go bardzo dużo.A bardzo dużo na raz prawie sie nie da.Więc spokojnie można szamać aż włazi.A jak przestaje się mieścić, to można przerwę zrobić, a potem do praktyk swych z lubością powrócić.
Tak myślę, że takie proste to, z wiejska zalatujące.
Na zdjęciu ozdóbki ( "o" z dupki) z parówki sojowej, która pełni rolę skwarków z boczku(u normalnego, niewegetariańskiego człowieka)
No to smacznego.A, zielony groszek można dodać.Ale nie konserwowy bo ma brzydką zieleń.Mrożony lepszy.
EDIT
Zostałam oświecona, co do technik i sposobów jedzenia bobu.Jedna z nich, polegająca na pozbawianiu go skórki ustami(chryste panie) nazywa się ślurpanie.Pozdrawian Lejdis.Lovju.
Ślurpmy zatem.
Ale objawił się znów.Czyli lato znów wpadło:)
Najczęstszą praktyką w środkowej Juropie jest jedzenie bobu po prostu.Z solą(solo).Albo z masłem(czego zwolenniczką jestem gorącą, bo masło psze państwa to jednak masło).Ale zdarzają się tacy, którzy bób w jego okresie największej świetności mieszają ze wszystkim.I tu też popieram, bo pomysłów jest ilość nieskończona.Są też tacy dziwacy, co bób obierają.Pomysł sam w sobie dziwny nie jest, ta skórka bywa twarda i najbardziej nieprzyjemna z całego Boba,kolor potem jest superzielony i ładnie to ogólnie wygląda, ale zastanawiam się -jak im się chce?
Nie obieram więc.Żre go ze skórą.
No i tu prezentejszyn.Makaron z bobem.Muszelki.Mieszamy razem, dajemy masło, pieprzymy, solimy, dodajemy zgnieciony czosnek.No i jemy.
Wbrew pozorom nie jest to potrawa, hmmm, że tak się wyrażę eufemistycznie- pompująca nas od środka,chyba, że zjemy go bardzo dużo.A bardzo dużo na raz prawie sie nie da.Więc spokojnie można szamać aż włazi.A jak przestaje się mieścić, to można przerwę zrobić, a potem do praktyk swych z lubością powrócić.
Tak myślę, że takie proste to, z wiejska zalatujące.
Na zdjęciu ozdóbki ( "o" z dupki) z parówki sojowej, która pełni rolę skwarków z boczku(u normalnego, niewegetariańskiego człowieka)
No to smacznego.A, zielony groszek można dodać.Ale nie konserwowy bo ma brzydką zieleń.Mrożony lepszy.
EDIT
Zostałam oświecona, co do technik i sposobów jedzenia bobu.Jedna z nich, polegająca na pozbawianiu go skórki ustami(chryste panie) nazywa się ślurpanie.Pozdrawian Lejdis.Lovju.
Ślurpmy zatem.
wtorek, 7 czerwca 2011
czwartek, 12 maja 2011
czwartek, 21 kwietnia 2011
Wśród nocnej ciszyyy, a nie sorry.Mazurek Wielkanocny
Podobno, jeżeli boicie się piec na Wielkanoc sernik, że się nie uda, powinniście upiec mazurek, bo udaje się każdemu.Buahahhaha.Mnie sie nie udał.Masa niestety nie zastygła.Ale wiem dlaczego i Wam o tym powiem.
I Wam zastygnie i piękna będzie ta Wielkanoc azaliż.
Mazurka pełna nazwa brzmi: Polski mazurek z kajmakiem.Autorstwa pana Seweryna Świtonia(kimkolwiek jest)
Ciasto:
30 dag mąki
15 dag masła
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 mała torebka cukru waniliowego
10 dag cukru
1 jajko
1 łyżeczka śmietany
masło i mąka do formy
Masa:
1/2 kg krówek
2/3 szklanki mleka( i tu moi drodzy tkwi sekret zastygania masy.Że dałam więcej krówek, chlusnęłam też więcej mleka-ile? cholera wie, ale na pewno o chlust za dużo.Nie zsiadła się małpa.Także raczej radze bez improwizacji i powstrzymajcie się od interpretacji gęstości masy podczas jej gotowania.Ehh..)
2 łyżki masła
Nożem siekamy masło w mące, proszku do pieczenia i cukrze waniliowym.Dodajemy cukier zwykły, jajko i śmietanę.Z ciasta lepimy kulę, zawijamy w folię aluminiową i pakujemy na godzinę do lodówki.Niech zmarznie i przemyśli swoje postępowanie.
Tortownicę smarujemy masłem i lekko oprószamy mąką.Ciasto wałkujemy na tortownicy formując niewysoki brzeg.Nakłuwamy je widelcem i pieczemy 15-20 minut w 160 stopniach aż lekko zbrązowieje.Upieczony palcek wyjmujemy z foremki, albo zostawiamy go tam, jeśłi się boimy że nam się połamie(ja się bałam więc zostawiłam)
Robimy masę.I błagam, nic nie zmieniajcie bo bedzie dupa nie mazurek
Krówki zalewamy mlekiem.Taką ilością dokładnie jak w przepisie, plis plis.Gotujemy aż się całkiem rozpuszczą i dodajemy 2 łyżki masła.Jak trochę wystygnie wylewamy na ciasto.Jak jeszcze trochę wystygnie, ale jeszcze nie całkiem się zsiądzie(czego wam z całego serca życzę) urządzamy fristajl dekorejszyn.Migdały, orzechy, skórki pomarańczowe i cała reszta tych pysznych słodkich wielkanocnych badziewek.
Po skończeniu dekoracji odmawiamy trzy zdrowaśki, bądź mantrujemy, bądź kłaniamy się trzy razy w stronę Mekki, wszystko po to by sprawić, że masa na mazurku się zsiądzie.Nie jest to warunek konieczny, ale ja Wam radze jednak spróbować, a nuż....
No i tak. Święćcie jajka, obżerajcie się bezkarnie, sikajcie sikawkami i co tam jeszcze chcecie.
Włala.Pozwalam zeżreć na raz cały mazurek.Niech będzie jak na prawdziwym kinderbalu.Albo coś takiego.
I Raczkowski(ajlowiu)
sobota, 16 kwietnia 2011
Buły.
A takie to o.
Szybkie, wręcz błyskawiczne do zrobienia.Z suszonymi pomidorami, oliwkami, przyprawami tymi tylko na które macie właśnie ochote, możecie dodać do nich co tylko chcecie.
Ostatnia wersja była z oliwkami, słonecznikiem, dynią i ziołami.Szamiemy z masłem afkors(grubo) no i z serem albo z pomidorem, albo na sucho wpieprzamy jeszcze ciepłe.Niezdrowo.
250 g mąki
2 łyżki oliwy
sól, pieprz
opakowanie drożdży instant
pół szklanki wody
plus wszystko to co wyżej powiedziałam, lub to, co chcecie:)
Do miski mąka,sól, pieprz i inne sypkie składniki, z którymi mają być bułki,w mące dziura, w dziurę drożdże i trochę wody.Mieszamy i dolewamy wodę aż się skończy.Dodajemy oliwę, myjemy łapy, wkładamy do miski i urabiamy.Jak za rzadkie dosypujemy odrobinę mąki.Ciasto nie musi rosnąć, dzielimy je na części (zwykle z tej ilości składników wychodzi jakieś 6 sztuk) ukręcamy z ciasta bułki albo co tam chcecie, podłużne jakieś też możecie gadżety ukręcić, albo rogale:)
Do nagrzanego piekarnika wkładamy(jakies 180-200 stopni) i pieczemy 15-20 minut.Jeśli macie spryskiwacz do kwiatków, możecie im psiknąć pare razy do piekarnika, tak mniej więcej w połowie pieczenia, wtedy wierzch ładnie się przypiecze.Ogólnie to wyjmujemy jak zobaczymy, że "chyba już".
No i tak.
Wiosna niby, czyli że odchudzać się trzeba.
"Czy jesteś gotowa na sezon bikini? Zacznij już dziś swój program z blabla fitness"
Nie jestem gotowa.Wole buły.I jeść i mieć (gdzieniegdzie)
Najedzcie sie na noc, a co:)
Dobranoc.
Szybkie, wręcz błyskawiczne do zrobienia.Z suszonymi pomidorami, oliwkami, przyprawami tymi tylko na które macie właśnie ochote, możecie dodać do nich co tylko chcecie.
Ostatnia wersja była z oliwkami, słonecznikiem, dynią i ziołami.Szamiemy z masłem afkors(grubo) no i z serem albo z pomidorem, albo na sucho wpieprzamy jeszcze ciepłe.Niezdrowo.
250 g mąki
2 łyżki oliwy
sól, pieprz
opakowanie drożdży instant
pół szklanki wody
plus wszystko to co wyżej powiedziałam, lub to, co chcecie:)
Do miski mąka,sól, pieprz i inne sypkie składniki, z którymi mają być bułki,w mące dziura, w dziurę drożdże i trochę wody.Mieszamy i dolewamy wodę aż się skończy.Dodajemy oliwę, myjemy łapy, wkładamy do miski i urabiamy.Jak za rzadkie dosypujemy odrobinę mąki.Ciasto nie musi rosnąć, dzielimy je na części (zwykle z tej ilości składników wychodzi jakieś 6 sztuk) ukręcamy z ciasta bułki albo co tam chcecie, podłużne jakieś też możecie gadżety ukręcić, albo rogale:)
Do nagrzanego piekarnika wkładamy(jakies 180-200 stopni) i pieczemy 15-20 minut.Jeśli macie spryskiwacz do kwiatków, możecie im psiknąć pare razy do piekarnika, tak mniej więcej w połowie pieczenia, wtedy wierzch ładnie się przypiecze.Ogólnie to wyjmujemy jak zobaczymy, że "chyba już".
No i tak.
Wiosna niby, czyli że odchudzać się trzeba.
"Czy jesteś gotowa na sezon bikini? Zacznij już dziś swój program z blabla fitness"
Nie jestem gotowa.Wole buły.I jeść i mieć (gdzieniegdzie)
Najedzcie sie na noc, a co:)
Dobranoc.
Tarta brokułowa, zwana podłogową:)
Jakiś czas temu zaprzyjaźniony z klubem, w którym wtedy pracowałam didżej, dowiedziawszy się o bardzo niecnym, uprawianym przeze mnie procederze niejedzenia mięsa, rzekł był ”To jak to, kurwa..co ty tylko brokuły wpierdalasz??”
A tak. Między innymi.Przepis dla Amona.
250 g mąki
Pół kostki masła
3 jajka
Łyżka oliwy z oliwek
Szczypta soli
Brokuły, około pół kilograma
Pół szklanki śmietany
100 -200 gram startego żółtego sera (na fotach dodatkowo są plasterki oscypka.Po krakowsku, hej)
Pieprz i czosnek i sól
Ciasto- do mąki dodać masło, podziabać, podziabac aż się połączy.Wbić jedno jajko, dodać sól, olej i zagnieść ciasto.(we wszystkich prawie przepisach na kruche ciasto z jakimi się spotykam jest uwaga żeby ciasto zagnieść szybko.Kiedyś się tym stresowałam, popierdalałam jak króliczek strasznie się spinałam, bo jak szybko to szybko! Nie ma to większego znaczenia, powiem wam z doświadczenia.A zagniatajcie se powoli, co to komu szkodzi?Ja przynajmniej nie zauważyłam różnicy.Być może ma to jakiś sens,ale bez przesady c’nie?)No więc jak już zagniecione w tempie dowolnym, formujemy z niego kulę i wkładamy do zamrażalnika na 15-20 minut.
Brokuły gotujemy, miksujemy, albo znęcamy się nad nimi widelcem.Okrągłą foremkę smarujemy oliwą.Ciasto próbujemy rozwałkować i wyłożyć nim formę.Jest to sprawa ciężka.kruszy się, łamie i nie chce współpracować.W ogóle się tym nie przejmujcie, trzeba je na siłę ułożyć na dnie formy i posklejac paluchami.W pieczeniu i tak się wszystko ładnie połączy.
Pozostałe nam dwa jajka roztrzepujemy(rozkłócamy, jak mówią niektórzy, co jest ładne) ze śmietaną, dodajemy żółty ser, pieprz sól i czosnek.Brokuły rozkładamy na cieście, zalewamy tym co powstało i pieczemy 4o minut w temperaturze 180 stopni.Zaglądamy co jakiś czas czy się nam ta stodoła nie pali, bo ja podaję czas potrzebny do pieczenia w moim piekarniku, który jak już wam wiadomo jest ….specyficzny.
A tak. Między innymi.Przepis dla Amona.
250 g mąki
Pół kostki masła
3 jajka
Łyżka oliwy z oliwek
Szczypta soli
Brokuły, około pół kilograma
Pół szklanki śmietany
100 -200 gram startego żółtego sera (na fotach dodatkowo są plasterki oscypka.Po krakowsku, hej)
Pieprz i czosnek i sól
Ciasto- do mąki dodać masło, podziabać, podziabac aż się połączy.Wbić jedno jajko, dodać sól, olej i zagnieść ciasto.(we wszystkich prawie przepisach na kruche ciasto z jakimi się spotykam jest uwaga żeby ciasto zagnieść szybko.Kiedyś się tym stresowałam, popierdalałam jak króliczek strasznie się spinałam, bo jak szybko to szybko! Nie ma to większego znaczenia, powiem wam z doświadczenia.A zagniatajcie se powoli, co to komu szkodzi?Ja przynajmniej nie zauważyłam różnicy.Być może ma to jakiś sens,ale bez przesady c’nie?)No więc jak już zagniecione w tempie dowolnym, formujemy z niego kulę i wkładamy do zamrażalnika na 15-20 minut.
Brokuły gotujemy, miksujemy, albo znęcamy się nad nimi widelcem.Okrągłą foremkę smarujemy oliwą.Ciasto próbujemy rozwałkować i wyłożyć nim formę.Jest to sprawa ciężka.kruszy się, łamie i nie chce współpracować.W ogóle się tym nie przejmujcie, trzeba je na siłę ułożyć na dnie formy i posklejac paluchami.W pieczeniu i tak się wszystko ładnie połączy.
Pozostałe nam dwa jajka roztrzepujemy(rozkłócamy, jak mówią niektórzy, co jest ładne) ze śmietaną, dodajemy żółty ser, pieprz sól i czosnek.Brokuły rozkładamy na cieście, zalewamy tym co powstało i pieczemy 4o minut w temperaturze 180 stopni.Zaglądamy co jakiś czas czy się nam ta stodoła nie pali, bo ja podaję czas potrzebny do pieczenia w moim piekarniku, który jak już wam wiadomo jest ….specyficzny.
środa, 23 marca 2011
Lasagne
Przepis dedykowany Asi Baś ,Piotrkowi Krakowskiemu i Diabłowi, dla których wykonałam swoją pierwszą lazanie „dla ludzi”, na ulicy Praskiej w Krakowie.Byłam wtedy bardzo młoda, jak się okazujeJ
Opakowanie lazani (jeśli ambicja was boli możecie zrobić ją sami-mnie się nie chce)
Opakowanie kontrowersyjnego produktu pod nazwą granulat sojowy(dla normalnych-mielone mięso)
Pomidory w puszcze
40 deko pieczarek
2 kulki mozzarelli
Inny żółty ser starty na tarce (ilość dowolna, wskazane, żeby było go dużo)
2 ząbki czosnku, bazylia, oregano, czili (bądź jak mawia Magda Gessler -czile)
Sos beszamelowy
Mąka, mleko, masło, gałka muszkatołowa (ile czego nie wiadomo, robimy to moi drodzy na tak zwane oko)
Granulat smażymy na patelni z odrobiną wody , aż zmięknie(z mięsem robimy chyba to samo-nie orientuje się), wpieprzamy do niego pomidory i to siedzi sobie razem na patelni aż się pomidory całkiem nie rozbabrają tworząc sos.Możecie dac taki z proszku , knorrowy np.Też będzie ok.
Do tego dorzucamy pokrojone drobno( i jeśli ktoś się boi surowych, to podsmażone wcześniej)pieczarki.Ja np. się boję i wczesniej je smaże.Do tego zmiażdżony czosnek i przyprawy hulaj dusza ile tam lubicie.
I już najważniejsze mamyJ
Robimy sos beszamelowy polegający na: rozpuszczeniu masła(no.. dwie łyżki powiedzmy )jak masło się rozpuści dodajemy do niego dwie łyżki mąki i szybko mieszamy.Powstaje nam coś jak zasmażka, do której wlewamy mleko( i tu już na oko niestety, dawniej się mówiło”ile zabierze”) aż do uzyskania brejki o konsystencji nieudanego budyniuJ gęste, ale na budyń za rzadkie.Zabijcie mnie, ale tak jest.Na koniec troche startej gałki muszkatołowej(nie za dużo, bo ponoć w większych ilościach nieźle kopieJ), sól i pieprz.
Powstałym nam w trudzie i znoju sosem smarujemy dno naczynia w którym będziemy lazanie piec.Może to być zwykła foremka do ciasta, albo naczynie żaroodporne, bez różnicy, byle było prostokątne, albo kwadratowe(chyba ze posiadliście umiejętność wykładania okrągłego naczynia prostokątnymi płatami ciasta tak by nie zostawić na dnie dziur.Wtedy-respect.)
I na rozsmarowany sos układamy płaty lazani.na lazanie dość sporą warstwe sosu a na sos starty ser i trochę mozzarelli. Czynność powtarzamy aż do momentu, w którym orientujemy się, że już wszytsko zużyliśmy. Czasami lazania wychodzi bardzo piętrowa, czasami mniej, ale na jakieś 3-4 warstwy zwykle starcza.Na samej górze ląduje resztka sosu i mozzarella.Wszytsko jeszcze raz posypujemy przyprawami i do pieca( jakieś 220 stopni, około 30-40 minut).Dobrze jest przykryć naczynie w którym się to piecze folią aluminiową na około połowę czasu siedzenia w piekarniku, będziecie mieć wtedy pewność, że makaron zmięknie.Potem folię można zabrać, żeby wierzch ładnie się przypiekłJ
sobota, 19 marca 2011
Muffinki z suszonymi pomidorami
O razu mówię, że przepis nie jest mój, ino z neta.Troche zmodyfikowany.
Autora nie podali, ale jak się znajdzie, niech pisze.
Oczywiście, nie byłabym mną, gdybym czegoś od siebie nie dodała (tak, niestety znów było to czili...)
Tadaaaam! Ale jeść się da.
Z tych składników wychodzi 12 muffinek, czyli taka standardowa blacha muffinowa z dziurami.O taka:
2 szklanki mąki.
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka cukru
1,5 łyżeczki soli
1 jajko
szklanka mleka
pół szklanki oliwy z oliwek(może być też olej)
około 100 gram suszonych pomidorów (pokrojonych)
3/4 kostki fety (pokruszonej)- tu na myśli ser mam taki:)
oregano, bazylia, 2 ząbki czosnku, no i czili jeśli chcecie
Eeeend enter!
Wszystkie sypkie (mąka, proszek, cukier, sól, jakby kto nie wiedział) mieszamy do wszystkiego(jak mawia Brodnicki Pascal)
W drugiej mniejszej misce mieszamy:jajko z olejem i mlekiem, dodajemy pokrojone pomidory, oregano, czosnek i fetę.To wszystko wlewamy do suchych składników i mieszamy delikatnie, żeby wszytsko się połączyło.Nie ucieramy tego na breję w żadnym razie!Robimy tak ,żeby było połączone, ale zachowało kształt.Delikatnie, no.
Każdą dziurę blaszki muffinkowej wypełniamy ciastem (tak około 3/4).Jeśli państwo nie dysponuje blaszką, państwo nabywa papilotki.(te papierki ) i wypełnione papliotki układa normalnie na blasze do pieczenia.
Piecze się je w 200 stopniach, około 15 minut, dopóki nie zrobią się złotobrązowe.(muffinki,nie papilotki)
Nawet jeśli macie blache do muffinek, radzę wyłożyć ją papierem do pieczenia, albo użyc papilotek.Mniejsze jest wtedy ryzyko, że muffinki bedziemy musieli wyżerać łyżką prosto z blachy.
Szybkie i dobre to jest.
Jako bonusik, moje dzisiejsze śniadanko.Czas miałam, to jadłam, a co.
Kiełbaska łososiowa jest.Taki wynalazek.O.
Dobra, wiem że grubo masła:)
wtorek, 15 marca 2011
Makaronos muszelkos con cieciorkos and paprikos
Znów po prostu.Na szybko bardzo.Właściwie w czasie gdy makaron sie gotuje.Najlepsze do tego są muszelki właśnie, bo cieciorka(ciecierzyca, groch włoski, bo podobno "cieciorka" to samica cieciora.To ptak taki.Też podobno) tak fajnie wchodzi do makaronu i wygląda jak perła w muszli:) ale to takie,wiecie, gadanie.
To ma być na szybko, więc sos pomidorowy może być z papirka.Sproszkowany.Knorra(nie, nie płacą mi za reklame.Niestety)Papryka jedna, ale używacie połowy.Czosnku ząbki dwa, czili troszkę(znów powiadam wam, troszkę to jest max), oregano.
Makaron się gotuje, a wy smażycie drodzy państwo paprykę, pokrojoną uprzednio w kostkę, do niej dorzucając oregano i jak już będzie miękka-czosnek.Czosnek zawsze na końcu smażenia! Robi sie gorzki jak za długo sie smaży(zupełnie jak ja:))do tego sypiemy nasz sos z papirka, wczesniej zdejmując patelnię z ognia, i dolewamy wody.Mieszamy aż sie zsosi.Się sos zrobi w sensie.No a potem pół puszki cieciorki(ciecierzycy...itd.).Makaron odcedzamy, wrzucamy na patelnie z sosem, mieszamy.I jemy. I znów, jeśli gruba dupa wam nie straszna dajecie baaaardzooo dużo parmezanu.
Czas przygotowania to jakies 15 minut i powiem wam, że warto,bo miło jest.Przepięknie bardzo jest.
Branocos and bonapetitos.
środa, 9 marca 2011
Pesto
Takie przysłowie wymyśliłam:
"proste jak pesto".
Najlepsze jest ze świeżej bazylii, ale są chwile w których nie uświadczysz, więc w ostatecznej ostateczności może byc taka z marketu w doniczce(hydroponiczna się nazywa ona-brzydko)Jej sporo, tej hydroponicznej to cała doniczka.
2 ząbki czosnku(chociaż tutaj mozecie w zasadzie szalec z ilością, jeśli lubicie)
oliwa z oliwek(2-3 łyżki), sól, pieprz i orzeszki piniowe-1 łyżeczka(dośc droga sprawa, wiec jako zamiennik pestki słonecznika też dają rade)
i parmezan(tu zamienników bym nie stosowała, ale jest taki ser nazywa sie przedziwnie-dziugas:) I on w ostatecznosci mógłby byc.Jakby bardzo było trzeba.
Zasadniczo pesto miażdży się w moździerzu (zdanie dla obcokrajowca na egzamin z wymowy), ale nie wymagajmy od siebie zbyt wiele, można blenderem.Wszystkie składniki wrzucamy i heja. Jeśli nie macie blendera, sprawa jest bardziej skomplikowana, bazylie drobno kroicie, parmezan ścieracie, orzeszki i czosnek też miażdzycie, w każdym razie o chodzi o to żeby powstała z tego w miarę gładka masa.
Makaron gotujemy (najbardziej pasuje spaghetti albo penne, ale tą uwagę możecie pominąc, bo ja jestem w tej kwestii ortodoksem, wy nie musicie.Kluski możecie wybrac sami, taka będę łaskawa.O.)
Odcedzamy makaron, wsypujemy z powrotem do gara(możecie zostawic sobie trochę wody z gotowania makaronu, w ilości łyzki lub dwóch, sos wtedy łatwiej przytuli makaron(chociaż kto tu kogo przytula może byc kwestią polemiki...:)
Pesto przekładamy do makaronu, mieszamy , mieszamy.I jemy.I już.
Można do pesto dodac tuńczyka w kawałkach, tak jak na zdjeciu.
Gódnajt.
"proste jak pesto".
Najlepsze jest ze świeżej bazylii, ale są chwile w których nie uświadczysz, więc w ostatecznej ostateczności może byc taka z marketu w doniczce(hydroponiczna się nazywa ona-brzydko)Jej sporo, tej hydroponicznej to cała doniczka.
2 ząbki czosnku(chociaż tutaj mozecie w zasadzie szalec z ilością, jeśli lubicie)
oliwa z oliwek(2-3 łyżki), sól, pieprz i orzeszki piniowe-1 łyżeczka(dośc droga sprawa, wiec jako zamiennik pestki słonecznika też dają rade)
i parmezan(tu zamienników bym nie stosowała, ale jest taki ser nazywa sie przedziwnie-dziugas:) I on w ostatecznosci mógłby byc.Jakby bardzo było trzeba.
Zasadniczo pesto miażdży się w moździerzu (zdanie dla obcokrajowca na egzamin z wymowy), ale nie wymagajmy od siebie zbyt wiele, można blenderem.Wszystkie składniki wrzucamy i heja. Jeśli nie macie blendera, sprawa jest bardziej skomplikowana, bazylie drobno kroicie, parmezan ścieracie, orzeszki i czosnek też miażdzycie, w każdym razie o chodzi o to żeby powstała z tego w miarę gładka masa.
Makaron gotujemy (najbardziej pasuje spaghetti albo penne, ale tą uwagę możecie pominąc, bo ja jestem w tej kwestii ortodoksem, wy nie musicie.Kluski możecie wybrac sami, taka będę łaskawa.O.)
Odcedzamy makaron, wsypujemy z powrotem do gara(możecie zostawic sobie trochę wody z gotowania makaronu, w ilości łyzki lub dwóch, sos wtedy łatwiej przytuli makaron(chociaż kto tu kogo przytula może byc kwestią polemiki...:)
Pesto przekładamy do makaronu, mieszamy , mieszamy.I jemy.I już.
Można do pesto dodac tuńczyka w kawałkach, tak jak na zdjeciu.
Gódnajt.
wtorek, 8 marca 2011
Węgry.Wino, papryka i śpiew
Ja to ten śpiew zamienię na Langosze.Nie żebym nie śpiewała,,, po Tokaju, to wiecie.Różne rzeczy się dzieją.
Bezwstydnie tłuste, słone i pyszne.
Węgrzy w swoich przykurortowo-przybasenowych fastfudach do Langosza stawiają na stół słoik.Słoik jest zwykle brudny, wypełniony cieczą co jak woda po myciu garów wygląda, w której środku pływają paprochy. A w słoiku tkwi pędzelek. Lakier jaki czy co?A to jest sosik drodzy państwo. Czosnkowy. Nie wiem na bazie czego, ale pewnie wody. Co nie zmienia faktu, że Langosza, takim czymś ze słoika trzeba opędzlować, mimo początkowej niechęci. Ta niechęć przechodzi, wierzcie mi.
Co prawda langosze które próbowałam odtworzyć w domu nie smakują tak jak te na Węgrzech, ale zrzucam to na karb braku gorącej do granic wytrzymałości pogody, oraz faktu, że w domu jemy je będąc ubrani , a tam jadaliśmy będąc prawie goli.Klimat robi swoje. Tak jak z flądrą, która najlepiej smakuje w Brzeźnie,z piaskiem między zębami.Ale o tym kiedyś.
Langosz robi się tak:
Dwajścia dag mąki
2 dag drożdży
Ok.150 ml mleka
1 łyżeczka cukru
Jeden ugotowany ziemnior
Olej i sól
Czosnek i starty żółty ser
Drożdże dodajemy do ciepłego mleka, do tego dosypujemy cukier i łyżkę mąki. Mieszamy, mieszamy i odstawiamy niech sobie chwilkę rośnie. Do pozostałej mąki dodajemy to już wyrośnięte,zgniecionego ziemniaka i szczyptę soli.Zagniatamy ciasto, tak, żeby było elastyczne.
Przykrywamy i znów dajemy mu czas żeby sobie rosło.
Jak już urośnie, dzielimy je na kawałki.Z tej porcji wychodzi około 4-5.Formujemy kulki i rozciągamy na placki. I znów odstawiamy- do wyrośnięcia( ja ten ostatni etap pomijam, zwykle już tak bardzo pragnę langosza, ze mu to ostatnie rośnięcie odpuszczamJ)
Wrzucamy na rozgrzany olej i smazymy z obu stron.
A potem oczywiście pędzlujemy breją ze słoika(to jest prawdopodobnie woda z olejem i czosnkiem, z tym że wody jest przewaga) i posypujemy żółtym serem.Szamiemy. i że znów to powiem, przepraszam-
Od tego dupa rośnie na pewno. Ale kto by się przejmował, podobno duże pośladki są bardziej seksowne niż malutkie. Ale to podobno, także tego…ostrożnie.No.
Pasztet jaki jest, każdy widzi
Prawda jest taka, że zostało nam tzw. fasolki po bretońsku.Piszę tzw., bo takiej bez mięsa.
Nie daliśmy rady wciągnąc.Zdarza się.A oprócz tego została jeszcze spora ilość takiej namoczonej fasoli, z którą cholera wie co zrobic.Już nic z fasolą w formie ziaren w najbliższym czasie nie przejdzie, niestety.
A, bo na fasolkę mieli byc: Aga i Robert raz Sylwia i Grześ.Nie było ich. Więc pasztet.
Noo, fasoli to tu było kilogram na początku, ale zważywszy na fakt spożycia części, zakładajmy, że
Pół kilo(400 gram?)
2 jajka
bułka tarta
5 łyżek pomidorowego koncentratu
i najważniejsze:
3 ząbki czosnku, machnięcie mej dłoni czosnku niedźwiedziego(dobra, jakaś łyżeczka pewnie tego bedzie)
w ch*j majeranku(spokojnie cała taka torebeczka, co w sklepach dają albo i więcej?)
jedno małe pokruszone czili (naprawdę, powiadam wam -JEDNO)
ja dowaliłam jeszcze tzw. przyprawy do potraw z ziemniaków(że wiecie, i to skrobia i to)
sól , pieprz tradycyjnie
Fasolę miażdzymy blenderem albo czym tam macie(my blenderem, ale sie zepsuł był w tarkcie więc ręcznie-mechanicznie, tym , no tłuczkiem?)Jak państwo dysponuje maszynką do mięsa, to będzie prościej, z tym ,że komu by się chciało potem to myc?
do tego jak juz zmiażdzone dokładamy przecier pomidorowy i przyprawy.Mieszamy, mieszamy
Potem jajka i bułka tarta.Bułkę sypcie na oko, tak, żeby masa nie była za rzadka.Tu niestety tylko intuicja przemawia, nie wiem doprawdy ilez tej bułki wsypałam.
I na koniec przyprawiamy. W zasadzie po upieczeniu pasztet bedzie miał taki sam smak jak przed, może tylko odrobinę bardziej intensywny, dlatego radze doprawiac, dopóki nie dojdziecie:)Smaku afkors.
Przewalamy masę do keksówki , wysmarowanej masłem i posypanej tartą bułą.Piekarnik jakies 220 stopni.Pieczemy aż na wierzchu zrobi sie skorupka.Nie musi byc czarna, wystarczy ze brązowa będzie:)
Jeśli dacie rade, to czekacie aż wystygnie.Pewnie nie dacie, ale to akurat szamac można na ciepło.
Nie daliśmy rady wciągnąc.Zdarza się.A oprócz tego została jeszcze spora ilość takiej namoczonej fasoli, z którą cholera wie co zrobic.Już nic z fasolą w formie ziaren w najbliższym czasie nie przejdzie, niestety.
A, bo na fasolkę mieli byc: Aga i Robert raz Sylwia i Grześ.Nie było ich. Więc pasztet.
Noo, fasoli to tu było kilogram na początku, ale zważywszy na fakt spożycia części, zakładajmy, że
Pół kilo(400 gram?)
2 jajka
bułka tarta
5 łyżek pomidorowego koncentratu
i najważniejsze:
3 ząbki czosnku, machnięcie mej dłoni czosnku niedźwiedziego(dobra, jakaś łyżeczka pewnie tego bedzie)
w ch*j majeranku(spokojnie cała taka torebeczka, co w sklepach dają albo i więcej?)
jedno małe pokruszone czili (naprawdę, powiadam wam -JEDNO)
ja dowaliłam jeszcze tzw. przyprawy do potraw z ziemniaków(że wiecie, i to skrobia i to)
sól , pieprz tradycyjnie
Fasolę miażdzymy blenderem albo czym tam macie(my blenderem, ale sie zepsuł był w tarkcie więc ręcznie-mechanicznie, tym , no tłuczkiem?)Jak państwo dysponuje maszynką do mięsa, to będzie prościej, z tym ,że komu by się chciało potem to myc?
do tego jak juz zmiażdzone dokładamy przecier pomidorowy i przyprawy.Mieszamy, mieszamy
Potem jajka i bułka tarta.Bułkę sypcie na oko, tak, żeby masa nie była za rzadka.Tu niestety tylko intuicja przemawia, nie wiem doprawdy ilez tej bułki wsypałam.
I na koniec przyprawiamy. W zasadzie po upieczeniu pasztet bedzie miał taki sam smak jak przed, może tylko odrobinę bardziej intensywny, dlatego radze doprawiac, dopóki nie dojdziecie:)Smaku afkors.
Przewalamy masę do keksówki , wysmarowanej masłem i posypanej tartą bułą.Piekarnik jakies 220 stopni.Pieczemy aż na wierzchu zrobi sie skorupka.Nie musi byc czarna, wystarczy ze brązowa będzie:)
Jeśli dacie rade, to czekacie aż wystygnie.Pewnie nie dacie, ale to akurat szamac można na ciepło.
sobota, 12 lutego 2011
Chleb mojej Mamy
Jezu jakie to pyszne.Z kminkiem.Mama robi to najlepiej, oczywiście.Ale ten chleb sie udaje! Ma ciasto takie rzadkie, szybko rośnie, nie trzeba paprać łap, żeby z niego utoczyć zwartą kulę... i w ogóle zajebisty jest.
O taki:
Przepisik na jeden chlebek.
O taki:
Przepisik na jeden chlebek.
Pól kilo mąki zwykłej pszennej, 2 szklanki cieplej wody ,pół łyzki cukru, 1 łyzka soli , 6-7 łyżek mąki graham lub jakaś inna ciemniejsza (mama używa graham, ja dowaliłam żytniej i też ok.)Pół kostki drożdży.
Drożdże maltretujemy z cukrem i 3 łyzkami cieplej wody ( nie gorącej bo umrą! drożdze w sensie) i odstawiamy żeby podrosly.W tym czasie mąke pszenną mieszamy z łyżką soli i czym tam chcecie- kminek, czarnuszka, słonecznik.Możecie też nic nie dodawać, oczywiście. Dolewamy ciepłą wodę, mieszamy z mąką. Jjak drożdże urosną dodajemy je do mąki.Wyrabiamy łyżką, łap paprać nie potrzeba, bo to nie będzie takie bardzo gęste, i dodajemy drugą mąkę.Mieszamy. Odstawiamy, niech rośnie.Jak urośnie przekładamy do foremki i jeszcze mu dajemy się rozpędzić w rośnięciu, dopóki piekarnik sie nie podjara.Do 220 stopni.I w tej temperaturze on siedzi 25 minut.Potem zmniejszamy do 160 i trzymamy jeszcze jakies 45 minut.I wsio.
aaaaale to jest dobre, bozesztymój.:)
piątek, 11 lutego 2011
Kochajmy się raz w roku
Bo walentynki w tym roku podobno będą, nie odwołali..Od początku lutego fruwają mi nad głową czerwone baloniki i inne duperszmity.Co mnie irytuje dość, nie powiem.Ale przeżywam.Love krowe.A jak ktoś się lubi walentynkowo przesłodzić do granic możliwości oraz ubabrać smakowicie w czekoladzie, to włala.
Nawet sexy te babeczki, powiem wam, więc babrajta sie w nich ile wlezie.Żeby tylko dzieci z tego nie było.Z Bulerbyn.No.
Takie ciastka czekoladowe z płynnym środkiem
125 gram masła(nie do końca wiem ile to jest w praktyce, ale podziałke macie na papierku)
125 gram gorzkiej czekolady(j.w.) najlepiej najbardziej gorzka jaką uda wam się wyhaczyć
Te dwie rzeczy powyższe rozpuszczamy w kąpieli wodnej(micha z czeko i masłem na gar z wrzątkiem i mieszamy, tylko pilnujcie żeby nie zabulgotało)
3 jajka, pół szklanki cukru i trzy łyżki mąki lekko ubijamy. Te dwie brejki łączymy i mieszamy.
Wylewamy do muffinkowej formy albo do takich foremek na babeczki.Wykładamy papierem do pieczenia, żeby potem łatwiej wylazły.Pieczemy w 220-250 st. przez 10 minut.Szamiemy ciepłe.
Strasznie to jest słodkie.Jak ktoś jest hardcorem albo nie boi się że zgrubnie, może na każde ciacho walnąć łychę ubitej śmietany.
No i pysznie znów będzie. Obiecuję:)
Nawet sexy te babeczki, powiem wam, więc babrajta sie w nich ile wlezie.Żeby tylko dzieci z tego nie było.Z Bulerbyn.No.
Takie ciastka czekoladowe z płynnym środkiem
125 gram masła(nie do końca wiem ile to jest w praktyce, ale podziałke macie na papierku)
125 gram gorzkiej czekolady(j.w.) najlepiej najbardziej gorzka jaką uda wam się wyhaczyć
Te dwie rzeczy powyższe rozpuszczamy w kąpieli wodnej(micha z czeko i masłem na gar z wrzątkiem i mieszamy, tylko pilnujcie żeby nie zabulgotało)
3 jajka, pół szklanki cukru i trzy łyżki mąki lekko ubijamy. Te dwie brejki łączymy i mieszamy.
Wylewamy do muffinkowej formy albo do takich foremek na babeczki.Wykładamy papierem do pieczenia, żeby potem łatwiej wylazły.Pieczemy w 220-250 st. przez 10 minut.Szamiemy ciepłe.
Strasznie to jest słodkie.Jak ktoś jest hardcorem albo nie boi się że zgrubnie, może na każde ciacho walnąć łychę ubitej śmietany.
No i pysznie znów będzie. Obiecuję:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































