Cannelloni ze szpinakiem i ricottą.
Kuchnia to pole walki. Skaleczenia,
zadrapania, otarcia i poparzenia. Cała jestem w śladach tej bitwy.
I każdy z tych śladów kojarzy mi się z konkretnym daniem.
Schiz.To zajęcie wysokiego ryzyka. Najnowsze marzenie - mieć cały,
calutki dzień na gotowanie, bez czynności pobocznych- zmywania,
sprzątania, wychodzenia z psem.(muszę kupić dom :)) Narobić
bajzlu, napaprać garów i w ogóle się tym nie przejmować.I żeby
świeciło przez okno słońce. Czy może być coś lepszego na
świecie? Naklejam więc kolejny plasterek w żyrafki na kolejne
skaleczenie i nie poddaję się. O rany, rany jestem niepokonany.I jak widzę w telewizji laski
gotujące w tipsach, albo z kolorowymi szponami długimi na kilka
centymetrów to mam ochotę zaprosić je do siebie i kazać ścierać
na tarce marchewkę.brrrr
Wczoraj nie wyszło mi brownie. Jak
wiadomo, jest to ciasto z natury swej nieudane, więc fakt że mi
się jednak udało je zepsuć postanowiłam traktować jako wyjątkowe
osiągnięcie na swojej kuchennej drodze. Master of destroy.No i co z
tego? Gołębie miały dzięki mnie nieco milszy dzień. I deserek na
wypasie.Wszystko ma swoje plusy.Jeśli nie dla nas, to dla gołębi.
Szczurów zasranych.
Znów dziś nie odkryję przed Wami
nieznanych kuchennych lądów, przykro mi. Na pewno nadziewaliście
cannelloni rzeczami bardziej oryginalnymi. Ale ten smak za mną
łaził. Wszędzie za mną szedł! Miałam okazję taki makaron jeść
ostatnio w restauracji Dworu Dwikozy i był przygotowany na serio-
mistrzowsko. Nie przyczepię się do niczego. W ogóle polecam
miejsce, jeśli zabłądzicie gdzieś na południowym wschodzie.
Dokładnie to tak mniej więcej w połowie drogi między Ostrowcem
Świętokrzyskim a Stalową Wolą. Nie dam linka, wygooglujcie, jeśli
chcecie. Bardzo miła obsługa, no tak miła, że aż by się chciało
ich sprowokować i sprawdzić jak bardzo daleko to sięga. Ale
powstrzymałam się. Mają w karcie regionalne wina, co jest mega
dużym plusem, sprzedają grzybki i smalec własnoręcznie robione i
zapakowane w romantyczne słoiczki z ozdóbkami. Wystrój jest co
prawda weselno-dworski, ale jedno oko przy tak dobrym jedzeniu można
zamknąć i wtedy wszystko jest piękniejsze. Jeśli bardzo się
najecie, albo schlejecie winem, możecie do domu nie wracać, bo jest
tam też hotel.
No i natchnęło mnie to ichnie
cannelloni, postanowiłam odtworzyć ten smak. Skromność to jedna z
moich największych zalet, ale śmiem twierdzić, że moje było
nawet lepsze :) Nie ukrywam, jest to miłe uczucie. Pozdrawiam
p.Piotra Sabala- proszę się nie martwić, Pańskie canneloni było
również cudowne, doprawdy.
Potrzebujecie:
Opakowanie makaronu cannelloni
(wystarczy dla trzech osób, które potrafią dużo zjeść)
Opakowanie mrożonego szpinaku w
liściach (600 g)
Ricotta -200 g (zastąpiłam ją
polskim „serkiem typu włoskiego” Capresi bo uważam, że bardzo
przypomina smakiem włoską ricottę, a jest 4 razy tańszy- główka
pracuje :) )
dwie kulki mozzarelli albo i nnego
dobrze rozpuszczającego się sera, startego na tarce
czosnek, sól i pieprz
Sos beszamelowy
Mąka, mleko, masło, gałka
muszkatołowa. Proporcji po prostu nie znam.Dolewam lub dosypuję w
zależności od potrzeby.
Szpinak wyrzucamy na rozgrzane na patelni masło, solimy, dodajemy dwa ząbki zgniecionego czosnku i czekamy aż cała woda wyparuje. Dopiero potem pieprzymy.Jak trochę wystygnie dodajemy pokruszony serek.
Sos- rozpuszczamy na patelni masło, powiedzmy dwie łyżki, dosypujemy mąkę, powiedzmy 3 łyżki i mieszamy, aż się połączy.Dolewamy mleko i znów mieszamy żeby nie było grudek. Powinien powstać sos o konsystencji rzadkiego budyniu. Czy coś takiego. Solimy, pieprzymy, dodajemy gałkę muszkatołową.
Nadziewamy rury naszym szpinakiem. Na pewno są sposoby na uniknięcie bałaganu i upaprania się w tym po łokcie. Nie wątpię. Mimo wszystko, odkryłam, że jednak wpychanie go paluchami sprawdza się idealnie. Jeśli się brzydzicie, ubierzcie gumowe rękawiczki. Chociaż,moim zdaniem w gumce jest jeszcze bardziej obrzydliwie :) Ojej!
Połowę beszamelu wylewamy na dno naczynia do zapiekania. Na to układamy nadziane rurki.Polewamy pozostałym sosem i posypujemy serem. Zapiekamy w 180 st jakieś 30 minut, ale sprawdzajcie temat co jakiś czas, dopóki nie będzie z wierzchu elegancko zrumienione.
Czujecie jak zimno? Bardzo, a przy kaloryferze siedzę. Czy ja w sierpniu narzekałam, że mi za gorąco? Ale było cudownie, był taki dłuuuugi dzień, zdjęcia lepiej wychodziły, można było chodzić bez skarpetek (wciąż próbuje), były truskawki prawdziwe, okulary przeciwsłoneczne...
W przyszłym roku, jeśli powiem, że jest za gorąco - strzel mnie ktoś w ryj.
Komentarze
z mega wypasioną kuchnią?